Książniczka

Mało pozytywnie. Czyli słów kilka o "Poradniku pozytywnego myślenia" Matthew Quicka

19:56

"Poradnik pozytywnego myślenia" to tytuł niezwykle sugestywny. Jeden rzut oka na sympatyczną, filmową okładkę i czytelnik zaczyna wyobrażać sobie nie wiadomo co. Myśli, że ta książka może zmienić jego życie, nauczy go, jak pielęgnować w sobie wiarę w lepszą przyszłość i optymizm nawet w najbardziej kryzysowych sytuacjach, jak myśleć pozytywnie i patrzeć na wszystko z zupełnie nowej perspektywy... Jeden tytuł i ludzie, w zamian za opanowanie umiejętności patrzenia przez różowe okulary, gotowi są pognać do biblioteki czy nawet bez zastanowienia włożyć książkę do swojego koszyka. Na "Poradnik pozytywnego myślenia" łatwo się "nadziać" właśnie dzięki temu pozytywnemu pierwszemu wrażeniu. Potem pozostaje już tylko mimowolne zgrzytanie zębów i wrażenie, że to, co najlepsze w tej książce (czyli tytuł) już za nami.
Jeśli bardzo się czegoś pragnie, zawsze jest nadzieja.
Pat mimo wszystko myśli pozytywnie. Żyje w przeświadczeniu, że jego życie jest tylko filmem, który wkrótce zakończy się happy endem. Co z tego, że opuściła go żona? Co z tego, że właśnie wrócił z zakładu psychiatrycznego, nie panuje nad sobą, a jego relacje z ojcem nie należą do najlepszych? Co z tego, że musi walczyć z niechcianym towarzystwem pięknej Tiffany, a na dodatek prześladuje go piosenka Kenny'ego G.? To wszystko nic. Remedium na wszelkie problemy są setki brzuszków dziennie, wiele przebiegniętych kilometrów, kilka klasyków literatury amerykańskiej, ćwiczenie bycia miłym oraz garść kolorowych pastylek.
Hemingway kłamie.
Pomysł na książkę wydaje się po prostu wymarzony. Po kilku pierwszych stronach czytelnik, wprowadzony do świata Pata, który początkowo wydaje się rozmazany i niejasny, zaczyna czuć wzmagającą się ciekawość. Zastanawia się nad przedstawioną rzeczywistością, próbuje znaleźć odpowiedź na pojawiające się znaki zapytania i z niecierpliwością czeka na dalszy rozwój wypadków. Ale niestety akcja powieści nie za bardzo chce się rozwijać... Raczej wlecze się powoli, skupia na mało znaczących szczegółach i rozwleka w nieskończoność to, co właściwie nic nie wnosi do fabuły (zdecydowanie za dużo miejsca poświęcono meczom futbolu i obszernym opisom sytuacji drużyny Orłów). W końcu nie wiadomo już, czy kontynuować lekturę, czy po prostu dać sobie z tym wszystkim spokój. Pobudzona ciekawość zaczyna przechodzić w rozdrażnienie aż w końcu na polu bitwy pozostaje tylko znudzenie i towarzyszące mu pytanie: "O co właściwie w tej książce chodzi?".

Może rzecz miałaby się zupełnie inaczej, gdyby nie fakt, że "Poradnik pozytywnego myślenie" jest debiutem Matthew Quicka (chociaż bywają przecież debiuty dobre czy nawet rewelacyjne). Książka napisana jest językiem zbyt prostym, by czytanie sprawiało prawdziwą przyjemność. Relacja wydarzeń sprawia wrażenie, jakby wyszła spod ręki przedszkolaka, choć być może jest to stylizacja na tok myślenia mężczyzny po przejściach, który, wobec pobytu w szpitalu psychiatrycznym, cofnął się w rozwoju. Mimo wszystko podążanie za tymi nieskomplikowanymi komunikatami wcale nie sprzyja lekturze, lecz raczej jest zajęciem niezwykle nużącym i żmudnym.

Bohaterowie powieści wydają się szarzy i mało interesujący. Żadna z postaci nie jest w stanie na dłużej przykuć uwagi. W rezultacie "Poradnik pozytywnego myślenia" wydaje być się dziełem wymuszonym, nijakim, bez polotu. Książką, która nic do życia nie wnosi, nie mówiąc już o spodziewanych przemianach. Książką, której równie dobrze można nie przeczytać wcale. 

animowane

Miłość syreny i inne historie, czyli Krótki Przewodnik po filmach Disneya #2

18:38

Witajcie!
Po blisko miesięcznej przerwie pora na kolejną odsłonę Krótkiego Przewodnika po filmach wujka Disneya. Na dzisiaj przygotowałam dwie kultowe produkcje, które śmiało można określić klasyką swojego gatunku. Nie ma mowy, by ktoś ich wcześniej nie oglądał, nie mówiąc już o sytuacji, w której ich tytuły brzmiałyby obco. Te filmy po prostu są czymś, z czym wcześniej czy później się stykamy, będąc dziećmi. Łączy je jedno. Miłość, która nie zważa na przeciwności, która łamie stereotypy i schematy. No i oczywiście uczy nas marzyć, nawet wtedy, gdy nasze pragnienia wydają się nierzeczywiste i niemożliwe do zrealizowania. Musimy o nie tylko trochę powalczyć.
Obiecuję, że tym razem będzie krótko i na temat, jak na Krótki Przewodnik po Disney'u przystało. :)

"Piękna i Bestia"


animation film disney vintage christmas"Piękna i Bestia" to jeden z tych filmów, w których nie znałam umiaru, będąc jeszcze pacholęciem. Historia pięknej dziewczyny i mało urodziwego, lecz za to wzbudzającego sympatię Bestii od początku podbiła moje serce. Może dlatego, że starannie utrwalany przez całe wieki schemat nie został tutaj powtórnie użyty. W każdej "porządnej" bajce jest przecież piękna księżniczka (najlepiej jeszcze, żeby owa piękność była złotowłosa), jest także cudny i nudny młodzieniec, względnie rycerz w lśniącej zbroi, ratujący sierotkę uwięzioną w wieży. Potem wszystko idzie już jak z płatka. Biorą ślub, urządzają huczne wesele, na które spraszają pół królestwa (dokładnie to pół królestwa, które obiecał wybawcy ojciec dziewczyny) i żyją długo i szczęśliwie.

A jak jest w "Pięknej i Bestii"? Olśniewającego księcia brak. Darmo doszukiwać się także odważnego rycerza. Jest za to Bestia, skrywający pod niezbyt zachęcającą powierzchownością, kochające i czułe serce. Łatwo jest kochać kogoś, kto od samego początku wzbudza nasz zachwyt (patrz: złotowłosy przystojniak w koronie), trudniej przekonać się do osoby, która wzbudza nasz lęk. Trzeba mieć odwagę, by odkryć jego prawdziwe oblicze, nie zrażać się murem niedostępności i oschłości. Dlatego właśnie ta historia jest tak niezwykła. Bo pokazuje, że nie warto ufać własnym oczom, ale posłuchać serca.

Swoją drogą szkoda, że mainstreamowej tradycji musiało stać się zadość i Bestia koniec końców przestał być Bestią. W roli wymuskanego książątka prezentował się znacznie gorzej. Mimo to serdecznie polecam wszystkim fanom bajek, którzy nie zrażają się śpiewającym i podgrygującym w rytm muzyki, porcelanowym serwisem do herbaty.
 disney beauty and the beast disney kiss

"Mała Syrenka"


"Mała Syrenka" to niewątpliwie jedna z najbardziej przytłaczających i depresyjnych baśni Andersena. I właśnie na podstawie tego utworu dobry Disney postanowił zrealizować film, który, Bogu dzięki, swoją fabułą znacznie różni się od pierwowzoru. Tak więc po historii, po której zostaje płacz i zgrzytanie zębów nie pozostał nawet ślad. Przemysł chusteczkowy z pewnością nadal nad tym ubolewa, ale "Mała Syrenka" w disneyowskiej odsłonie stała się kolejną wspaniałą bajką z kolejnym, lecz nieprzeszkadzającym w najmniejszym stopniu nikomu, happy endem. 
disney ariel the little mermaid little mermaid

I tutaj zakochanej parze dużo brakuje do modelu standardowego. Wystarczy wspomnieć, że jedną ze stron jest syrena o wdzięcznym imieniu Ariel (teraz przywodzącym na myśl skojarzenia proszku do prania). Zakochana po płetwę w czarującym przedstawicielu lądowego świata oraz wiedziona młodzieńczym buntem (taki wiek) postanawia opuścić na zawsze podmorskie królestwo swojego ojca, Trytona. W tym celu gotowa jest podjąć każdą, nawet najbardziej karkołomną decyzję.

I ta produkcja również zachwyca piękną, inspirowaną baśnią Andersena historią. A gdy jeszcze do tego na ekranie pojawia się okrutnie zła, choć równie intrygująca postać, to podążanie za bajkową akcją staje się prawdziwą przyjemnością. 
Podróż z podmorskiego do lądowego świata staje się jeszcze przyjemniejsza dzięki wspaniałym piosenkom śpiewanym już nie przez porcelany imbryk i filiżanki, ale wszystko, co tylko ma na to ochotę. 

Książniczka

Wakacyjne plany czytelnicze

18:42

W ostatnim czasie w  książkowej blogsferze dosłownie zaroiło się od list z książkami na wakacje. W takich właśnie postach Kasia B., Marysia C. czy też Pelagia A. piszą o swoich planach na poszerzanie czytelniczych horyzontów. Prezentują wykaz pozycji, od których liczby może zakręcić się w głowie, ustalają plan minimum, maksimum, ogłaszają wszem i wobec swój udział w wyzwaniach, które je niezmiernie cieszą, mnie zaś tylko przerażają.
A co pisze w tym czasie Kania Frania? Nic. Bo czytelniczy plan Kani Frani na wakacje nosi wdzięczny tytuł: "Brak planu". Jak zawsze. Dlatego już dzisiaj wiem, że to, co już przeczytałam i jeszcze przeczytam jest niemal tylko i wyłącznie sprawą ślepego losu. I jak na razie wydaje mi się, iż ta metoda działa całkiem nieźle. 

Istnieje jednak grupa książek, z którymi chętnie zaznajomiłabym się w ten miły, letni czas. Bo czy istnieje lepszy moment na odrabianie czytelniczych (tak po prawdzie, to każdych) zaległości niż wakacje? Chyba nie. 
Zatem, nie przedłużając, oto one. Książki, które chętnie bym przeczytała, które być może w najbliższych dniach czy tygodniach wpadną w moje ręce, ale z przyczyn ode mnie niezależnych, może stać się zupełnie odwrotnie. 

"Małe życie" 

Mówią, że nie można oceniać książki po okładce, ale w przypadku "Małego życia" naprawdę trudno pozostać wiernym tejże zasadzie. Fabuła także zapowiada się obiecująco.W tej powieści jest coś intrygującego i czuję, że powoli przyciąga mnie jak magnes. A to uczucie staje się tym silniejsze, im więcej widzę recenzji i opinii. 

"Poradnik pozytywnego myślenia"

To książka z serii "Zawsze chciałam przeczytać, ale jakoś mi nie było po drodze". Tym razem się jednak nie wymknie. W chwili, gdy piszę te słowa leży spokojnie na blacie mojego biurka i czeka na swój moment. Optymizmu nigdy za wiele, pozytywne myślenie czyni cuda, więc liczę na to, że czegoś się z tej powieści nauczę.

"Przypadek Adolfa H."

Zastanawialiście się kiedyś, co by się stało, gdyby Adolf Hitler został jednak przyjęty do szkoły artystycznej? Jak teraz wyglądałby świat? Jak potoczyłoby się nie tylko jego życie, ale też życia milionów ludzi ze wszystkich zakątków globu? Czy nazwisko Hitlera znajdowalibyśmy teraz jedynie w podręcznikach do historii sztuki i albumach z dziełami dwudziestowiecznych artystów? Czy pisalibyśmy o nim wypracowania w szkole jako wybitnym przedstawicielu ubiegłego stulecia? E.-E. Schmitt, autor absolutnie wspaniałego "Oskara i Pani Róży" usiłuje odnaleźć odpowiedź na to pytanie. I tej właśnie odpowiedzi jestem niezmiernie ciekawa.

"Wojna i pokój"

A oto lektura, przez którą zamierzam z powodzeniem przebrnąć (nazwałabym ją książką większego kalibru) w ramach poznawania arcydzieł światowej literatury. Wcześniej czy później i tak przyszedłby na nią czas, więc może zdecyduję się na tę pierwszą opcję?

"Tove Jansson: Mama Muminków"

Kto nie zna Muminków, ten chyba nigdy nie był dzieckiem. Jako wielka fanka tych bajkowych postaci wpadłam na trop bardzo interesującej biografii, opowiadającej właśnie o Tove Jansson. Wymyślić takie Muminki to przecież nie byle co! Wystarczy tylko o wspomnieć, że królują w wyobraźni dzieci z całego świata nieprzerwanie od wielu dziesięcioleci...