artykuł

Trzech muszkieterów polskiej literatury

14:16

W Panteonie polskiej literatury zajmują miejsce absolutnie czołowe. Podniesienie ręki na ich twórczość w oczach wielu zasługuje na niezwłoczne potępienie i publiczny lincz. To jak kalanie własnej Ojczyzny, własnej tożsamości, godności. Ich utwory są znane i wspominane, wkuwane na pamięć przez kolejne pokolenia Polaków, pojawiają się w szkolnych podręcznikach i opracowaniach, są bastionem polskości. Myślę, że gdyby przeprowadzić ankietę, to potężna część naszego społeczeństwa z rodzimej literatury wspomniałaby właśnie o nich, niewykluczone (niestety), że dla części mniej zaprzyjaźnionej ze słowem pisanym istnieje jedynie ta trójca. Wielcy obecni. Przewodnicy narodu. Ubóstwiani, choć nieraz i nienawidzeni.

1. Adam Mickiewicz

 Myślę, że nikogo nie zdziwi obecność imienia i nazwiska tego pana na pierwszym miejscu. Czy komuś się to podoba czy nie, Adam Mickiewicz jest numerem jeden polskiej literatury. Jego popularność można liczyć w szkołach, które przyjęły go za swojego patronach, w wydaniach dzieł, których wciąż przybywa, w arkuszach maturalnych, w których pojawiły się pytania o jego twórczość, w konkursach recytatorskich poświęconych jego poezji czy choćby ulicach Mickiewicza, których nie brakuje w szanujących się, polskich miastach. Kto nigdy nie uczył się na pamięć "Reduty Ordon"? W którym z domów nigdy nie wybrzmiał choćby fragment "Inwokacji"?

Adam Mickiewicz, wielki romantyk, nieszczęśliwy emigrant i patriota zajmuje w zbiorowej świadomości miejsce szczególne. Miał wpływ na kształtowanie się polskiego ducha w czasach próby i cierpienia, w trudnych czasach zaborów zajmował miejsce wieszcza, niepodważalnego autorytetu, proroka niemal. Dzisiaj, myśląc "Mickiewicz", przede wszystkim widzimy Soplicowo. Ostatni zajazd na Litwie, który w jakiś sposób zdefiniował to, kim Polak jest, w co wierzy, jakimi wartościami się kieruje. Prowincja przesiąknięta tradycją, gościnnością i wiarą, to taka mała (?), polska utopia, miejsce święte. Ale "Pan Tadeusz" to nie wszystko. Są przecież i "Dziady" przekazujące ludową duchowość i mądrość, przedstawiające romantyczne myślenie o świecie, a także popularyzujące niefortunną (bo ciągnącą się za nami do dziś) koncepcję mesjanizmu.

Mickiewicz jest taki bliski, dobry i swojski. Myślący "jak trzeba". Myślący wartościami "Bóg, honor, Ojczyzna". Dlatego tak łatwo rozgrzeszamy Wallenroda, przebaczamy Robakowi i z zadziwiającą cierpliwością wysłuchujemy majaczeń Konrada z III cz. "Dziadów". Dlatego zachwycamy się "Balladami i romansami", jesteśmy zauroczeni Zosią i Aldoną, chętnie bierzemy udział w wyprawie trzech Budrysów. Mickiewicz mówi to, czego chcemy słuchać, mówi to, co nosimy w sobie, co jest w nas głęboko zakorzenione. Jego twórczość nie skazuje na bolesne rozczarowania, nie zajmuje się dylematami moralnymi, ale ukazuje pewną czarno-białą oczywistość świata.
(Z góry przepraszam za moje generalizowanie :))

2. Juliusz Słowacki

Zawsze drugi. Zawsze za Mickiewiczem. Juliusz Słowacki, niewątpliwie najzdolniejszy gracz na giełdzie wśród polskich literatów. :) Twórca "Kordiana", "Fantazego", "Beniowskiego", a także niezwykle wzruszających listów do matki. Jego wiersze promieniują wielką wrażliwością i subtelnym acz dostrzegalnym egocentryzmem. Znany jest również z tego, że w jednym ze swoich utworów miał przewidzieć wybór Karola Wojtyły na papieża (choć osobiście podchodzę do tej tezy z dużą dozą ostrożności.

W swoich dziełach poruszał tematy przeróżne takie, jak walka narodowo-wyzwoleńcza, konflikt jednostki ze społeczeństwem, ofiara i poświęcenie, indywidualizm, ale także rosnąca siła pieniądza ("Fantazy") czy też przewrotność kobiet ("Kordian"). Muszę przyznać, że nigdy nie byłam zwolenniczką twórczości Słowackiego i z wielkim pobłażaniem traktowałam jego utwory (jak większość pozycji romantycznych zresztą). Dopiero inscenizacja "Kordiana" na deskach Teatru Narodowego (idźcie koniecznie!) otworzyła mi oczy na to, jak bardzo uniwersalne i ponadczasowe jest jego dzieło, jak wiele w nim prawdy (tego typu, który kole w oczy) i gorzkiej refleksji nad światem, człowiekiem, ... Polakiem.

Słowacki był również ulubieńcem elit II Rzeczypospolitej, w tym samego marszałka Piłsudskiego. To właśnie w okresie międzywojennym jego prochy wróciły na ojczyzny łono i spoczęły wśród innych znamienitości na Wawelu. Dziś o Słowacki pamięta się chyba coraz mniej, choć nadal jego nazwisko przewija się w podręcznikach z częstotliwością dziesięciu razy na stronę. Niemniej jednak "wielkim poetą był" i na miejsce drugie w niniejszym zestawieniu zasługuje.

3. Henryk Sienkiewicz

Oddaję głos Gombrowiczowi:  
Czytam Sienkiewicza. Dręcząca lektura. Mówimy: to dosyć kiepskie, i czytamy dalej. Powiadamy: ależ to taniocha – i nie możemy się oderwać. Wykrzykujemy: nieznośna opera! i czytamy w dalszym ciągu, urzeczeni.
Potężny geniusz! – i nigdy chyba nie było tak pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego. To Homer drugiej kategorii, to Dumas Ojciec pierwszej klasy. Trudno też w dziejach literatury o przykład podobnego oczarowania narodu, bardziej magicznego wpływu na wyobraźnię mas. Sienkiewicz, ten magik, ten uwodziciel, wsadził nam w głowy Kmicica wraz z Wołodyjowskim oraz panem Hetmanem Wielkim i zakorkował je. Odtąd nic innego Polakowi nie mogło naprawdę się podobać, nic antysienkiewiczowskiego, nic asienkiewiczowskiego.
 Iluż z nas składuje zakurzone, ciężkie tomy "Trylogii" i "Krzyżaków" w domowej biblioteczce? Ilu z nas dało się oczarować pięknym opowieściom (bajkom?) Sienkiewicza o dobrych, mężnych, szlachetnych Polakach, którzy w najcięższych dziejowych momentach potrafili się zmobilizować i pokonać nawet najpotężniejszego wroga? Co jest charakterystyczne dla Sienkiewicza? Płaskość i czarno-białość. Jednowymiarowość postaci. Wspaniały Skrzetuski, dobrotliwy Zagłoba, dzielna Oleńka (która zdrajcy nie chciała), waleczny Wołodyjowski. No dobrze, jest jeszcze Kmicic. Ale i ten po początkowych wybrykach szybko przechodzi na jasną stronę mocy. Pokrzepiająca, poprawiająca humor lektura zawsze znajdzie czytelników, a tych nie brak Sienkiewiczowi także dzisiaj.

Na wielki podziw zasługuje natomiast niezwykle barwnie odmalowany świat starożytnego Rzymu z powieści "Quo Vadis". Pamiętam, że po traumatycznych doświadczeniach z "Krzyżakami" spotkanie z tą lekturą było miłym zaskoczeniem. Choć i to dzieło Sienkiewicza posiada potężną dawkę czarującej naiwności, co poniekąd można uznawać za znak firmowy pisarza.

absurd

"Jak podróżować z łososiem", czyli Umberto Eco na tropie absurdu

17:30

Niech Was nie zwiedzie tytuł książki wskazujący na jej poradnikowo-wędkarsko-podróżniczą genealogię! "Jak podróżować z łososiem" to zbiór krótkich felietonów autorstwa Umberto Eco publikowanych w mediolańskim tygodniku "L'Espresso" w latach 2004-2014. W swoich tekstach znany (a nawet uznany) pisarz, mediewista i badacz kultury masowej udowadnia to, czego absolutnie udowadniać nie musi: swoją inteligencję, przenikliwość i niesłychaną umiejętność obserwacji świata. Niezwykle czujny na dokonujące się przemiany, ukazuje absurdalność mechanizmów rządzących naszą rzeczywistością, brak logiki w działaniu, głupotę i zupełny defizyt autorefleksji, a dodatkowo zachwyca poczuciem humoru.

 Każdy z felietonów ma charakter silnie satyryczny. Eco drwi z rozrostu biurokracji (historia obywatela próbującego załatwić sobie wtórnik utraconego prawa jazdy, która z powodzeniem mogłaby stać się kanwą niejednego filmu sensacyjnego); rozwoju technologii, która zamiast ułatwiać życie ludzkie, skutecznie je utrudnia; wszechogarniającej gadżetomanii; bezsensownej schematyczności i ślepego postępowania zgodnego z procedurami; pogoni za popularnością (choćby taką zrodzoną z udziału w teleturnieju) czy też zaciekłości fanów futbolu w forsowaniu swoich przekonań. Wszystko to brzmi znajomo, podejrzanie znajomo. Felietony pokazuję, że świat roi się od absurdów i absurdzików, które tylko pozornie można uznawać za mało istotne. Tak naprawdę wpływają one na nasze życie, sprawiając, że staje się ono dużo bardziej skomplikowane i mniej zrozumiałe.
Nauczono mnie już w dzieciństwie, że jeśli proponują mi coś gratis, powinienem dzwonić po karabinierów.
 Felietony Eco śmieszą właśnie dlatego, że są nam szczególnie bliskie. Wielokrotnie doświadczaliśmy takich samych lub bardzo podobnych sytuacji, z innych nie zdawaliśmy sobie dotąd sprawy, ale po przeczytaniu artykułu możemy stwierdzić: "tak naprawdę jest". Model biblioteki przedstawiony w "Jak urządzić bibliotekę publiczną" funkcjonuje NIESTETY nie tylko we Włoszech, nie tylko w Polsce, ale w każdym innym miejscu na świecie (z moim rodzinnym miastem na czele). Autorowi udało się stworzyć uniwersalny w przekazie przewodnik po absurdalnej na skalę globalną rzeczywistości.

Felietony nie odnoszą się jednak do pana X czy pani Y, ale do każdego z nas. Nie są pustą rozrywką, ale prowadzą do refleksji, czy przypadkiem nie bierzemy udziału w tym całym bałaganie. Czy nie powielamy pewnych schematów, czy nasze zachowanie jest logiczne, czy bez większych problemów posługujemy się rozumem? Myślę, że po skończonej lekturze odpowiedź na te pytania może nas zaskoczyć.
Bądźmy szczerzy: zabieganie o rozpoznawalność w taki sposób jest bardziej moralne niż dręczenie bliźnich pisaniem złych wierszy.


filozofia

Powieść metafizyczna. "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego

18:46

"Traktat o łuskaniu fasoli". Już sam enigmatyczny tytuł sprawił, że zapragnęłam poświęcić powieści Wiesława Myśliwskiego dłuższą chwile. Ale oczywiście argumentów było więcej (o co najmniej dwa). Argument drugi: autor, mimo (a może właśnie dzięki) swojej uszczypliwości i skłonności do ironizowania, zrobił na mnie nader dobre wrażenie podczas spotkania z czytelnikami jesienią poprzedniego roku. Po trzecie: "Traktat o łuskaniu fasoli" został uhonorowany Nagrodą Literacką Nike. A jak wszyscy wiemy, nie każda książka zostaje w ten sposób wyróżniona. Wyraźnie zachęcona tymi  jednoznacznie sprzyjającymi przesłankami, zabrałam się do lektury. Teraz mam ochotę na więcej. Więcej łuskania.

Powieść w swojej budowie jest liczącym blisko 400 stron monologiem, gawędą poświęconą życiu pewnego anonimowego człowieka skierowaną do innego człowieka, również anonimowego. Niektóre fragmenty książki sugerują, że opowieść ta jest przeplatana wtrąceniami słuchającego, których jednak czytelnik nie zna. Może się ich wyłącznie domyślić z reakcji osoby mówiącej, wywnioskować z emocji, które wyraża ona poprzez swoje słowa. Snująca się przez wiele godzin opowieść jest historią życia opowiedzianą całkiem spontanicznie, na skutek niespodziewanego zrządzenia losu. Do drzwi głównego bohatera puka bowiem nieznany gość zainteresowany kupnem fasoli. Tak rozpoczyna się początkowo powierzchowna, zupełnie niezobowiązująca pogawędka, która wkrótce przeradza się w poważny, długi wywód. O życiu, doświadczeniu wojny, samotności, emigracji, miłości i jej braku. Kolejne karty strony zapełniają refleksje na temat ludzkiej natury, zachodzących na świecie zmian, uczuć, konfliktów, muzyki, natury, zwierząt, relacji, tematów różnych i na pierwszy rzut oka zupełnie ze sobą niezwiązanych. Narratorowi udaje się jednak uniknąć nagłych przeskoków, jego opowieść jest płynna, logiczna, spójna.
Według mnie wszystko od słów zależy. Jakie słowa, takie rzeczy, zdarzenia, myśli, wyobrażenia, sny i wszystko, nawet co na samym dnie człowieka. Byle jakie słowa, to byle jaki człowiek, byle jaki świat, byle jaki nawet Bóg.
Jeszcze nigdy, piszę to z pełną świadomością, nie spotkałam się z książką tak przesiąkniętą mądrością. Czytając, czuje się siłę ludzkiego doświadczenia, dostrzega się, że to właśnie różne zdarzenia, spotkania, nawet najmniej znaczące epizody kształtują nasze życie, naszą osobowość i charakter. Czynią nas bardziej świadomymi i bogatszymi wewnętrznie.
Według mnie miłość to niedosyt istnienia.
"Traktat" dotyka istoty ludzkiego życia. Tego, co niedotykalne i nienazywalne. Dlatego myślę, że "powieść metafizyczna" to dla niego określenie wręcz idealne. Utwór zadaje wiele pytań dotyczących ludzkiego istnienia, choć nie na wszystkie jest w stanie udzielić odpowiedzi. Lecz mimo tych niepowodzeń niesie ze sobą wewnętrzne ukojenie, wyzwala ze strachu. Wsłuchując się w słowa opowiadającego, wiemy, że nie mówi on tylko i wyłącznie o doświadczeniach jednostkowych, że nie stawia w centrum historii samej w sobie. Nie. Konkretna, choć pozbawiona detalów (jakieś miejsce, jakaś kobieta, jakaś restauracja, jakieś uzdrowisko) opowieść jest jedynie środkiem wyrażenia uniwersalnego przesłania.

Czym jest tytułowe łuskanie fasoli? Chyba życiem. Każdy z nas musi się w tym łuskaniu codziennie doskonalić. Robić to dobrze i wytrwale, mimo zmęczenia, bólu, początkowego braku wprawy. Każdej nocy, każdego dnia, bez przerwy. To właśnie to łuskanie odmierza czas naszego istnienia. 
O, łuskamy fasolę, więc jesteśmy
"Traktat o łuskaniu fasoli" nie jest pozycją (księgą?) polecaną. Jest pozycją obowiązkową.

Książniczka

Granice niezwykłości. "Zniknięcie słonia" Haruki Murakamiego.

17:21

"Zniknięcie słonia" to zbiór opowiadań niezwykle poczytnego, japońskiego pisarza, Haruki Murakamiego, który (jak wiele wybitnych postaci świata literatury) ma tyluż zwolenników, co przeciwników. W zbiorze wspina się na szczyty niezwykłości, absurdu i surrealizmu, całkowicie dowolnie kształtuje swój świat, pozbawiając go znamion wszelkiego prawdopodobieństwa. To, co dzieje się na kartach książki w niczym nie przypomina znanej nam świetnie rzeczywistości. Jest ona (wraz z popularnymi piosenkami, zjawiskami, historycznymi wydarzeniami czy też całkiem zwyczajnymi bohaterami) jedynie punktem wyjścia do snucia opowieści przesączonej niesamowitością, którą trudno nazwać subtelną. Jest to niesamowitość w dawce potężnej, lecz z uporem maniaka będę utrzymywała, że nie śmiertelnej.

"Zniknięcie słonie" jest więc swego rodzaju kroniką zdarzeń nadzwyczajnych. Powodowane nieoczekiwanym głodem małżeństwo dokonuje słabo przygotowanego, aczkolwiek skutecznego napadu na McDonald's, pracownik działu kontroli jakości na skutek niezwykłego doświadczenia obserwacji kangurów przesyła nieznanej klientce taśmę z nagranym intymnym zwierzeniem, zamożnego człowieka sukcesu bez reszty pochłania nietuzinkowa pasja-  palenie stodół, a TV People bezpardonowo wkraczają w życie niewinnego człowieka.

Czytając te opowiadania, trudno nie zastanowić się nad wielowymiarowością wyobraźni autora. W jaki sposób udało mu się wykreować świat aż tak daleki od rzeczywistości? Z każdym kolejnym opowiadaniem pojawia się coraz więcej zdumień i znaków za pytania. Nie każdy aspekt historii jest precyzyjnie wytłumaczony, nie o to chodzi Murakamiemu. Dzieło pisarza nie jest przecież traktatem naukowym, ale... No właśnie. Czym tak właściwie? Jego miniutwory charakteryzuje pewnego rodzaju oniryzm, niektóre przypominają marzenia senne, w których materia ulega szybkim i spontanicznym przekształceniom.

Murakami jest pisarzem bezkompromisowym, kroczącym swoją własną drogą. To czyni go właśnie niezwykle oryginalnym i myślę, że także atrakcyjnym w oczach czytelników z różnych części świata. Jego twórczość, przekraczająca kolejne granice niezwykłości, przekracza również granice kulturowe.

artykuł

Książki mojego dzieciństwa

17:07

Każdy (a przynajmniej większość) z nas, zażartych czytelników, rozpoczął swoją przygodę z książkami pacholęciem jeszcze będąc. Myślę, że to, co czytaliśmy albo też co nam czytano w dzieciństwie w jakimś stopniu ukształtowało naszą wrażliwość, wyobraźnię, osobowość, charakter. Nie mówiąc już o czytelniczych preferencjach. 

W tym poście opowiem trochę o książkach absolutnie wyjątkowych i niesamowitych, które darzę ogromnym sentymentem chyba właśnie dlatego, że towarzyszyły mi przez błogie lata dzieciństwa. Wszystkie były ważne. Każda była inna. Każda w odmienny sposób działała na moje emocje. 

"Baśnie" Andersena

Dzieło duńskiego baśniopisarza jako pierwsze wyłania się z mojej czytelniczej pamięci. Czytanie Andersena było pewnego rodzaju rytuałem, który rozgrywał się w moim domu każdego wieczora. Jako dziecko byłam zafascynowana twórczością tego twórcy, jakąś taką dziwną niezwykłością i pięknem bijącymi z jego opowieści. Wykreowany przez niego świat posiadał magnetyczną moc przyciągania, ale też oswajał z różnymi uczuciami od radości, szczęścia, wdzięczności i spełnienia po bezbrzeżny smutek, żal i rozpacz. Potężne tomisko opatrzone przecudnymi, malowanymi akwarelą ilustracjami, w pełni oddającymi klimat baśni, długo zajmowało niekwestionowane pierwsze miejsce. Opowieści były czytane wielokrotnie, zwłaszcza te, które darzyłam szczególnym przywiązaniem, takie jak "Dzikie łabędzie" czy "Towarzysz podróży". Do dzisiaj uważam, że "Baśnie" są niekwestionowanym arcydziełem i mogą być bez przeszkód czytane przez dojrzalszych czytelników.


"Ania z Zielonego Wzgórza"

Tak, wiem. Nie jestem ani odrobinę oryginalna. Należę do tej zdecydowanej większości, która została podstępnie oczarowana przez uroczego rudzielca z Avonlea. Która z nas w jakimś momencie swojego życia nie utożsamiała się z Anną Shirley, nie widziała w niej bratniej duszy, nie pragnęła zobaczyć w sobie roztargnionej marzycielki wpadającej w liczne tarapaty? Moja przygoda z panną Anną rozpoczęła się w drugiej klasie podstawówki. Pamiętam, że polowałam na książki z serii o tej bohaterce w szkolnej bibliotece i w mig je pochłaniałam. Wielogodzinne  spotkania z Anią były dla mnie czymś niezbędnym i odcisnęły swoje piętno na mojej wrażliwości. Ale to nie wszystko...Odtąd zapragnęłam mieć rude włosy (da się zrobić) i zielone oczy (nie da się zrobić). :)


"Opowieści z Narnii"

Czytanie "Opowieści z Narnii" w pewnym momencie stało się moim małym uzależnieniem. Świat Lewisa wciągnął mnie bez reszty. Do dzisiaj pamiętam, jak bardzo ta książka oddziaływała na moją wyobraźnię, jak mocno czułam się związana z bohaterami poszczególnych części serii, jak wielkie rozgoryczenie i rozżalenie pojawiło się we mnie, gdy Narnia w "Ostatniej bitwie" ostatecznie przestała istnieć. Są takie powieści, których największym minusem jest fakt, że w końcu się kończą. Myślę, że dotyczy to każdej książki z cyklu "Opowieści z Narnii". Są one jedną wielką opowieścią o przyjaźni, poświęceniu, odwadze, dobroci  i miłości. O postawach. Nieustannej potyczce rozgrywającej się między dobrem i złem.

"Jeżycjada"

A na koniec: książki z dzieciństwa ciut późniejszego. Powieści Małgorzaty Musierowicz mają chyba tyle samo przeciwników, co zwolenników. Zarzuca się im rażącą naiwność, nierealność, skłonność do upraszczania, irytujący wręcz optymizm. Malkontenci jak zwykle mają rację, ale muszę ich zmartwić. Za wszystkie te zarzuty kocham ten cykl. Z powieści pani Małgorzaty bije miłość i ciepło, jej utwory otulają człowieka, jak kocyk, kiedy świat wydaje się zły, kiedy nic nie ma sensu. Pobyt w borejkowskiej kuchni ma działanie silnie terapeutyczne i myślę, że właśnie dlatego pędzę do księgarni, kiedy tylko dowiaduję się o pojawieniu się kolejnego tomu nieśmiertelnej "Jeżycjady". Na tych książkach się dorasta, dorośleje, w końcu starzeje.


A wy jakie książki pamiętacie ze swojego dzieciństwa?

Książniczka

Morderczy zapach. "Pachnidło" Patricka Suskinda

17:49

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak działa na Ciebie zapach? Jak często postrzegasz świat, ludzi, zdarzenia, miejsca przez jego prymat? Czy jesteś świadomy tego, jak poszczególne zapachy wpływają na Twoją wyobraźnię, zapisują się we wspomnieniach, sprawiają, że niektóre chwile uważasz za wyjątkowe i wspaniałe? "Pachnidło" to podróż przez świat zapachów. Na kartach książki znajdziemy mnóstwo nazw substancji wydzielających przepiękną woń: piżmo, olejki różane, olej goździkowy, styraks, wodę fiołkową... Ale to nie one pozwolą na stworzenie pachnidła o zniewalającym zapachu, któremu nie dorówna Chanel ani Dolce & Gabbana.

Znalezione obrazy dla zapytania pachnidło
Jan Baptysta Grenouille jest człowiekiem obdarzonym darem niezwykle czułego zmysłu powonienia. Jego umiejętności pozwalają na tworzenie niedoścignionych perfum, którym nie jest w stanie oprzeć się żaden człowiek na świecie. Grenouille nie znajduje jednak spełnienia w komponowaniu zapachów zadowalających zwykłych śmiertelników, nie pragnie bogactwa ani sławy. Jego jedynym pragnieniem jest stworzenie pachnidła nad pachnidłami, jakiego nigdy wcześniej nie wymyślił żaden człowiek. Grenouille oddaje się szaleńczym poszukiwaniom, nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel.

Autorowi "Pachnidła" udało się stworzyć mroczny klimat, który sprawia, że podczas czytania czytelnikowi włos jeży się na głowie (zwłaszcza kiedy śledzi poczynania głównego bohatera późno w nocy). Atmosfera książki przypomina trochę tę znaną z baśni braci Grimm. Suskind kreuje swój świat jako miejsce zamieszkane przez okrutnych, bezwzględnych ludzi owładniętych chęcią osiągnięcia osobistego sukcesu, gromadzenia bogactwa, zdobywania sławy i rozgłosu. Ludzie w "Pachnidle" są małostkowi, pozbawieni wyższych uczuć i wartości moralnych. Każdy z bohaterów wcześniej czy później okazuje się wyrachowanym pozorantem, oszukującym innych, a czasem i siebie.
Ten świat to miejsce odrażające. Nawet Paryż, stolica mody i miejsce będące siedzibą możnych, zostało przedstawione jako miasto gnieżdżącej się biedoty, przepełnione odpadkami, wydzielające obrzydliwy odór.
 Ludzie bowiem mogą zamykać oczy na wielkość, na grozę, na piękno, i mogą zamykać uszy na melodie albo bałamutne słowa. Ale nie mogą uciec przed zapachem. Zapach bowiem jest bratem oddechu.
Znakomita jest także kreacja głównego bohatera, który jest wcielonym złem. Wydaje się być napędzany nienawiścią do otaczającej go rzeczywistości. Jego postępowaniu z jednej strony brakuje motywów, postaw, z drugiej- jest ono uwarunkowane doświadczeniem. Nigdy przecież nikt nie okazał mu czułości, miłości, zrozumienia czy nawet zwykłej, ludzkiej dobroci. Od drugiego człowieka otrzymał jedynie pogardę i odrzucenie. Mimo to Grenouille nie jest w stanie obudzić sympatii czy współczucia nawet w najbardziej wrażliwej osobie. To potwór. Bez uczuć. Bez emocji. Ale za to z ogromnym talentem.

"Pachnidło" to w gruncie rzeczy niezbyt skomplikowana historia, która intryguje. Atmosfera baśni, nieszablonowy główny bohater i wyjątkowy zapach. Oto przepis na sukces.

artykuł

Nie każdy może pisać książki!

18:16

Nagle wszystkich ogarnęła wielka mania pisania. Literackie zacięcie odnalazło w sobie wiele mniej lub bardziej znamienitych osobistości świata sportu, polityki, show biznesu, muzyki, filmu. Już od wejścia do księgarni witają nas idealnie przypudrowane, znane twarze. Każda z nich, jak głosi napis z przodu lub z tyłu pięknie oprawionego tomiska, ma nam do przekazania coś, czego wcześniej jeszcze nie powiedziała (swoją drogą, to niektórzy naprawdę musieli się natrudzić, zachowując coś jeszcze dla siebie z częstotliwością udzielania wywiadów średnio raz na miesiąc). W takich książkach często można znaleźć informacje, bez których nasze życie byłoby o wiele uboższe. Gdzie kto brał ślub, co je na śniadanie, jaką zupę lubił dzieciństwie, gdzie był a gdzie go jeszcze (niestety!) nie było, ile ma dzieci i co teraz robią (robią karierę oczywiście) itd. Słowem, wydają historie swojego życia, wspomnienia, rozmowy nafaszerowane zachęcającymi, odpowiednio obrobionymi zdjęciami. Zdradzają "sekrety", piszą "tylko szczerze", dzielą się radościami i smutkami sprzed kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu lat.

Co książka, to nowe zaskoczenie. Okazuje się, że niektóre postaci są ekspertami w sprawach sportu, żywienia, podróżowania, wychowywania dzieci czy nawet psychologii, chociaż wcześniej nie były wcale kojarzone z tymi dziedzinami życia. Pani X pisze, jak nie przesolić zupy, Pan Y pisze szczegółową instrukcję złapania autostopu. Ich mądrość życiowa i doświadczenie godne są pozazdroszczenia. Dziwne, ze tak długo ukrywali skarby swojej wiedzy...

I czy ktoś jeszcze uważa, ze książka powinna powstawać z natchnienia? Z pragnienia ubogacania ludzi, a nie bogacenia się? Z chęci dzielenia się tym, co w nas najbardziej wartościowe i piękne? Wiem, że może moje spojrzenie na sprawę jest zbyt naiwne. Albo przestarzałe. Na pewno takie właśnie jest.

W sumie to, co się dzieje to nie do końca wina tych ludzi, którzy piszą "coś takiego". Raczej tych, którzy to kupują. Jest popyt na ten rodzaj literatury, biznes się kręci, nakład schodzi w kilka tygodni, potrzebny jest dodruk. Ludzi widocznie kręci zaglądanie komuś do garnka, o ile ten ktoś nosi odpowiednie nazwisko. Pisać, nie umierać.

Wiesław Myśliwski na jednym ze swoich spotkań autorskich powiedział, że każdy twórca powinien się zastanowić, czy jego dzieło jest warte ścięcia tej sosny, która posłuży do wyprodukowania papieru na książkę. Myślę, że wielu współczesnych pisarzy i pisarczyków powinno poważnie rozważyć tę kwestię.


fantastyka

Tajemnica tworzenia wg Jonathana Carrolla. Recenzja "Krainy chichów"

18:28

"Kraina chichów". Książka, której nigdy nie miałam w swoich czytelniczych planach, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, której nie znał żaden z moich znajomych. Oprócz jednego. Tego właśnie, który polecił mi jej przeczytanie. Można powiedzieć: powieść - widmo. "Kraina chichów" odnalazła mnie sama przez ciąg rozmaitych "przypadków" szytych zbyt grubymi nićmi, począwszy od przypadkowego spotkania w kawiarni po zupełnie przypadkowe odnalezienie w antykwariacie. Wszystkie te wydarzenia, poprzedzające lekturę, okazały się świetnie współgrać z charakterem "Krainy chichów" odkrywanym ze strony na stronę. Ta powieść wydaje się żyć, myśleć, posiadać ściśle określoną osobowość. Jakby nie chciała ograniczyć się do tego  fragmentu fikcji, który został w niej zawarty.

Recenzowanie takich książek zawsze jest dużym problemem, bo wymykają się ocenie. Wszystkie rubryki i kategorie: narracje, postacie, fabuła... To wydaje się po prostu nie na miejscu. Człowiek nie jest nawet w stanie powiedzieć, co mu się podoba w tej książce. Ba! Nie jest nawet w stanie określić swojego do niej stosunku. Jaka jest tak naprawdę "Kraina chichów"? Ciekawa? Przyjemna? Genialna? Na pewno intrygująca.

Przede wszystkim powieść rzuca światło na rolę twórcy. Stara się odpowiedzieć na pytanie, kim jest pisarz w życiu swoich czytelników, w świecie, w społeczeństwie. Magiem, dobroczyńcą, geniuszem, zbrodniarzem, a może bogiem dokonującym żmudnego dzieła tworzenia? Odpowiedź, którą czytający odnajduje w tej książce zdecydowanie może mu się nie spodobać.

Pociągający jest również sposób narracji. Nazwałabym go niezwykle inteligentnym i błyskotliwym słowotokiem z mnóstwem odwołań do zakorzenionych w kulturze pojęć , wydarzeń i postaci. Z pewnością każdego uważnego czytelnika zaskoczą ciekawe porównania, których narrator używa z niemałą satysfakcją. Świat wykreowany przez autora ma swój klimat, wydaje się prawdziwy, naturalny, niewymuszony. Zagłębiając się w lekturze, czytający chłonie specyficzną atmosferę Środkowego Zachodu, zapachy mięsiwa podpiekanego na ruszcie, ciepło bijące od asfaltu wiodących przez pustkowia dróg.

Świetne są również postacie, zwłaszcza kobiece, którym nie oszczędzono wielu ironicznych uwag dotyczących ich natury. Moją ulubienicą jest zdecydowanie Saxony, poczciwe, roztrzepane i urocze dziewczę z zamiłowaniem do wymyślnych potraw. Nie wiem dlaczego, ale jej postać nieodmiennie przywodzi mi na myśl Bridget Jones.

A jeśli chodzi o strukturę książki to... zaczyna się niewinne. Zwykłe dzieje nauczyciela, który rzuca swoją ciepłą posadkę, by napisać własną książkę, biografię ukochanego autora z lat dziecinnych. Nagle jednak wydarzenia przybierają obrót co najmniej niespodziewany. Autor "Krainy" zwinnie lawiruje między absurdem i groteską a grozą. Wydaje mi się jednak, że unika tego, co zabiło niejedną książkę opartą o ciekawy koncept - kiczu. 

Na koniec, oddajmy głos autorowi.
Moja książka jest (...) opowieścią o cudzie i grozie tworzenia. Porusza problem osiągnięcia artystycznego: czy wielki pisarz jest zarazem wielkim alchemikiem, zdolnym przemienić słowo na papierze w człowieka w niebieskim kapeluszu, który naprawdę staje pod naszymi drzwiami? A jeżeli jest do tego zdolny- to czy jest to wspaniałe, czy potworne?

angielskie

Żądza zemsty, czyli recenzja "Wichrowych wzgórz" w trzech punktach.

17:58

Odkąd mały Heathcliff wstępuje w progi domostwa państwa Earnshawów, na całą rodzinę spada nieszczęście. Domownicy nie zdają sobie sprawy, że tym wielkodusznym uczynkiem miłosierdzia sprowadzają na swój ród niewyobrażalne cierpienia, przekleństwo, które odciśnie się na egzystencji dwóch pokoleń. A to wszystko przez wielką miłość niemożliwą do zaspokojenia i nienawiść wyrosłą na łzach upokorzenia i rozpaczy.

Po pierwsze, mrok. Cała powieść wydaje się być spowita w mrok. Z każdą stroną czytelnik zagłębia się w ciemne otchłanie ludzkiej duszy, w których natrafia na gniew, nienawiść, rozpacz, chęć odwetu... Smutek i żal przetykany jest niemym krzykiem przerażenia. Mroczny i tajemniczy charakter powieści podkreśla sceneria nagich, samotnych, porośniętych wrzosami wzgórz.  Wzgórz, wśród których łatwo się zgubić, wzgórz złowrogich, wietrznych i niebezpiecznych, wzgórz, które widziały już wiele ludzkich cierpień.

Po drugie, bohaterowie. Zupełnie nierzeczywiści i rozmyci. Kalekie dusze zagubione w swoich uczuciach, ogłuszone własnymi namiętnościami, nieme z rozpaczy. Na próżno szukać tu postaci szczęśliwych. Niewiele jest także takich, które budzą choćby zwykłą sympatię. Każda z nich została przedstawiona w przewrotny sposób, odbita w krzywym zwierciadle, uwydatniającym negatywne cechy. Bohaterowie w "Wichrowych Wzgórzach" budzą strach, kierują się emocjami, czasem trudno zrozumieć ich decyzje. Kochają równie gorąco, jak nienawidzą, a obie te postawy często niewiele się od siebie różnią. Krzywdzą innych z łatwością i bez mrugnięcia okiem, na świat patrzą przez pryzmat własnych krzywd. Słowem: są biedni, niespełnieni, odrzuceni, niekochani (a przynajmniej nie tak, jak by tego chcieli)...

Po trzecie, Heathcliff. Czyli mroczny mściciel, sprężyna wydarzeń opisanych w książce. Postać, która zmienia się na kartach powieści z zagubionego, skrzywdzonego chłopca w zgorzkniałego mężczyznę. Człowieka bezwzględnego, brutalnego, który właściwie nie posiada w sobie ludzkiego pierwiastka. W swoich działaniach jest okrutnym zwierzęciem pozbawionym uczuć i sumienia. To, co trzyma go przy życiu to nienawiść i pamięć. Heathcliff jest postacią zarówno przerażającą, jak i fascynującą. Autorka "Wichrowych Wzgórz" stworzyła potwornie (używam tego przysłówka z premedytacją) interesujący portret psychologiczny szaleńca owładniętego żądzą zemsty.

"Wichrowe Wzgórza" to świetna powieść nie tylko dla wielbicieli angielskiej literatury XIX- wiecznej. Bronte zapewniła swoim czytelnikom fascynującą podróż w odległe, urzekające pustkowia północnej Anglii. Wędrówka przez bezludne wrzosowiska to stopniowe zagłębianie się w mrok.

Książniczka

Pogranicze niezdefiniowane. "Jutro spadną gromy" w trzech punktach

18:17

"Jutro spadną gromy"... Dawno już nie spotkałam się z tytułem tak złowieszczym i niejasnym jednocześnie. Tytułem, który niczego nie zdradza, nie mieści się w kręgu oczywistych skojarzeń czy przypuszczeń. A jednak, mimo wszystko, okazuje się pod koniec niezwykle trafny. 

W reportażu trzech wędrownych dziennikarzy, przedzierających się przez przygraniczne tereny Podlasia, włóczących się po drogach przeszłości i teraźniejszości, nasłuchujących ech i szeptów, wciąż pobrzmiewających w maleńkich, zarastających lasem wioskach, znajdujemy mnóstwo mroku, ciszy i cienia. Ta książka to próba rozprawienia się z mitem podlaskiej magiczności. To próba odnalezienia odpowiedniej perspektywy, pogoń za podlaską duszą i prawdą o regionie, której nie sposób znaleźć, nie dlatego, że jej nie ma. Ale dlatego, że jest tych prawd zbyt wiele...

Znalezione obrazy dla zapytania jutro spadną gromyTo, co jest największym plusem tego reportażu z łatwością może stać się jego największą wadą. 
Po pierwsze, różnorodność. To na nią postawili autorzy w swojej gawędzie o Podlasiu. W "Jutro spadną gromy" znajdujemy wszystko: i religię, i historię, i politykę, do tego szczyptę magii, odczyniania, zaklinania, zwykłych-niezwykłych ludzkich reakcji... A wszystko to w przedziwny sposób łączące się w barwną układankę, tworzące mapę niejednolitego Podlasia, które przecież składa się z takich różności. Nie sposób oddzielić jedne od drugich, nie tracąc jednocześnie sensu.

Po drugie, język. Kręty i mętny jak wody Narwi. W jego nurcie pełno jest zakoli, prowadzących w miejsca zupełnie nowe, subtelnie oddalające czytelnika od tematu. Mnie ten styl pisania wcisnął w fotel, zafascynował od pierwszych stron. Książkę czyta się trochę, jak tomik nowoczesnej poezji. Nie sposób uniknąć refleksji, nie sposób nie myśleć. I owszem, będzie bolało. Niezwykły dobór słów potęguje jeszcze ulotny, eteryczny klimat opowieści. 

Po trzecie, spotkania. Może miejscami niektóre rozmowy mogą nosić ślady monotonii, może nie zwalają z nóg, ale mają w sobie to, o co w dzisiejszych czasach naprawdę trudno. Mają w sobie szczerość, autentyczność i dużo prywatności. Bez fajerwerków, bez zbyt mocnych słów, bez tanich sensacji i spektakularnych odkryć.

Jestem z Podlasia i czułam, że przeczytać ten reportaż to mój obowiązek. Z wieloma rzeczami się nie zgadzam, wiele rzeczy widzę inaczej, ale dzięki tej książce udało mi się zetknąć z trochę inną "prawdą". Gorzką, ciemną i pełną smutnej refleksji. Chciałabym powiedzieć, że zapowiadane gromy wcale nie spadną, ale nie potrafię...
(...) wokół buńczucznie hasa jej wesołe i psotne źrebię, nieświadome jakby, że jutro przecież i tak spadną gromy- wszystko przeminie: i sękate drzewa, i antonówki, i historia, która tak brutalnie przetoczyła się nad tą z pozoru sielską okolicą. Pogranicza i etniczne tygle nie są i nigdy chyba nie były pstrokatymi rajami radosnej wielokulturowości (...).

Książniczka

Recenzja w trzech punktach

18:21

Wszem i wobec ogłaszam rzecz aż nazbyt rzeczywistą. Szkoła zabija kreatywność, chęć i ochotę tworzenia, ponadto odbiera zdolności krytycznego myślenia. Aby to wszystko miało jakąkolwiek szansę się powieść trzeba być wypoczętym. I trzeba mieć czas. A u mnie z tym ostatnio bardzo kiepsko.
Permanentny deficyt czasu wymaga środków radykalnych aczkolwiek koniecznych. Otóż formuła niektórych recenzji na moim blogu już wkrótce ulegnie zmianie. Z rozległych połaci tekstu czcionki standardowej zamieni się w tzw. "w trzech punktach". Będzie to krótkie podsumowanie, po przedstawieniu zarysu fabuły, trzech najważniejszych elementów dzieła. Trzy najważniejsze spostrzeżenia. Uwagi, które muszą wybrzmieć. Tylko tyle.
Niestety, zmiany nie są wynikiem mojej kreatywności, ale smutnej rzeczywistości, w której doba ma jedynie 24 godziny. Aby zachować jakąkolwiek ciągłość wpisów, muszą być one krótsze, a co za tym idzie, mniej czasochłonne. 
Mimo wszystko widzę także pozytywy zmian. Wreszcie ktoś przeczyta moją recenzję od początku do końca. :)

Pozdrawiam serdecznie!

artykuł

Kiedy pisarze wreszcie zmądrzeją? #2

12:55

Pod moim ostatnim postem pod tym samym tytułem pojawiły się głosy (a raczej jeden niezwykle rozsądny głos), że owszem, pomysł na tekst miałam całkiem niezły, ale trochę nie wykorzystałam tkwiącego w nim potencjału. Nie zmierzyłam się z tematem w całej rozciągłości. Słowem: Można było napisać znacznie więcej. Oczywiście, jak to ja, próbowałam dyplomatycznie odeprzeć zarzuty, sypiąc przy okazji wątpliwymi mądrościami w stylu "Im dalej w las, tym więcej drzew", ale prawda jest okrutna i niestety niemożliwa do zatuszowania. Przynajmniej przed samym sobą. W końcu musiałam posypać głowę popiołem i przyznać w duchu: "Poszłam po linii najmniejszego oporu, na skróty, byle jak. Słaba ze mnie blogerka".
I właśnie dlatego postępuję dzisiaj jak marny pisarz (ale o tym później) i piszę drugą część mojego blogowego dzieła. Jeżeli dobrze pójdzie, to wkrótce powstanie z tego cała seria o błędach literatów, których było, jest i będzie zawsze cała masa. Dzięki temu kapituła nagrody literackiej Nike ma odrobinę mniej pracy. :)

#1 Schematy literaty

Odkąd zaczęłam czytać książki (a było to wiele lat temu) zachodzę w głowę, czy nie istnieje publikacja- literacki niezbędnik z motywami, zakończeniami i rozwiązaniami fabularnymi gotowymi do użycia. Coś jak karta wzorów w studiu tatuażu albo katalog fryzur w salonie fryzjerskim. Bogu dzięki, nie zawsze, ale i tak wystarczająco często powieści, nawet niezbyt spokrewnione ze sobą gatunkowo, przejawiają zastanawiające podobieństwo. Podobne postacie, charaktery, zwroty akcji i punkty kulminacyjne nieraz stają się prawdziwą plagą zalewającą wydawniczy rynek. Nie chodzi tutaj nawet o podobne motywy i realia, ale o zwykłą, pospolitą szablonowość i jakże bliską ludzkiej naturze pokusę odgrzewania, powielania i odtwarzania. 
Tak samo, jak kilkukrotne odmrażanie mięsa nie jest ani zdrowe, ani smaczne (naszło mnie drodzy państwo na dziwne porównania), tak samo częstowanie czytelnika wciąż tym samym może skutkować czytelniczym bólem brzucha. Przewidywalność, choć kusząca, nie jest korzystna dla żadnej ze stron. Obie rozleniwia w równym stopniu. 

#2 W labiryncie wyobraźni

Zdarzyło Wam się czytać książkę, w której autor sam zapętlił się w toku własnego rozumowania? Albo w której przytoczył tak wielką liczbę nazw, imion, koligacji i powiązań, że sam zgubił trop i Marysia, stryjeczna wnuczka babci Andzi stała się jej rodzoną siostrą? Muszę przyznać, że kilkukrotnie natknęłam się na takie przypadki. I nie do końca rozumiem, po co w ten sposób komplikować sobie pracę. Po co wspominać o tysiącach ludzi, miejsc i zdarzeń zamiast skupiać się na sednie sprawy? Zaklinowanie się w labiryncie własnej inwencji twórczej często jest gorsze niż schematyczność (może dlatego właśnie tak wielu w nią ucieka), bo przez nie autor traci coś niezwykle cennego. Zaufanie. Ufność, że jest dobrym przewodnikiem po swoim świecie.
A co, kiedy okazuje się, że wcale tego świata nie zna? Że wymyślił go sobie naprędce? Wtedy przestaje być wiarygodny i... nie warto go czytać.
(PS Dlatego właśnie Tolkien jest mistrzem! Swój świat znał na wylot, łącznie z elfickim alfabetem i drzewem genealogicznym władców Gondoru!)

#3 Uśmiercanie akcji

Niestety, jest to zjawisko niezwykle powszechne. Niektórzy autorzy mają w zwyczaju wtrącanie licznych dygresji, rozbijanie się o mniej i bardziej znaczące (częściej mniej) detale świata przedstawionego, opisywanie zajść niewnoszących do akcji powieści zupełnie niczego. No może z wyjątkiem kilkunastu dodatkowych stron...
W ten sposób akcja książki ciągnie się w nieskończoność, a miejscami nawet zupełnie utyka, a czytelnik zostaje w podstępny sposób uspany. I już wkrótce nie wie ani ten, który pisze, ani ten, który czyta, o czym właściwie jest ta książka i ku czemu zmierza. 

#4 Zostawmy trochę na później

Światem ludzkim rządzi pieniądz. Niestety... 
Ostatnio, będąc w jednej z pobliskich księgarni byłam świadkiem rozmowy
dwóch dziewczyn, które zaczęły przerzucać się opiniami na temat znalezionych na półkach książek. Jedna z nich z wypiekami na twarzy dokonała entuzjastycznej recenzji zauważonej serii powieści. I wszystko by było dobrze, gdyby nie dodała: "Pierwsza część była rewelacyjna, ale druga została napisana pod trzecią. Ostatnie zdanie wskazywało, że to jeszcze nie koniec".
Trend zostawiania na później jest o tyle popularny, co i szkodliwy. Po prostu psuje literaturę. Dotyczy zarówno produkcji filmów, jak i "produkcji" książek. Bo jak inaczej można określić masowe, komercyjne wytwarzanie literatury? Kiedy jedna powieść jest tylko pomostem dla następnej (a czasem nawet dziesięciu następnych)? Wówczas nie może ona samodzielnie rozwinąć skrzydeł. Kto wie, jak bardzo byłaby dobra, gdyby szanowny autor delikatnie jej nie "ukrócił" na potrzeby kolejnego dzieła? Dodam tylko:
dzieła sprzedanego w wielu milionach egzemplarzy.

Oczywiście, błędów pisarzy jest znacznie więcej. Ale resztę... zostawmy na później. ;)