Może i mężczyźni wolą blondynki, ale
ja zdecydowanie wolę brunetkę. Ten film zdaje się wołać: „Drogie panie, taką
kobietą trzeba być!”. Zaradną i inteligentną. Przenikliwą i rozważną. WYEMANCYPOWANĄ.
No, romantyczną też nie zaszkodzi.
"Piękna i Bestia"
"Piękna i Bestia" to jeden z tych filmów, w których nie znałam umiaru, będąc jeszcze pacholęciem. Historia pięknej dziewczyny i mało urodziwego, lecz za to wzbudzającego sympatię Bestii od początku podbiła moje serce. Może dlatego, że starannie utrwalany przez całe wieki schemat nie został tutaj powtórnie użyty. W każdej "porządnej" bajce jest przecież piękna księżniczka (najlepiej jeszcze, żeby owa piękność była złotowłosa), jest także cudny i nudny młodzieniec, względnie rycerz w lśniącej zbroi, ratujący sierotkę uwięzioną w wieży. Potem wszystko idzie już jak z płatka. Biorą ślub, urządzają huczne wesele, na które spraszają pół królestwa (dokładnie to pół królestwa, które obiecał wybawcy ojciec dziewczyny) i żyją długo i szczęśliwie.
"Mała Syrenka" to niewątpliwie jedna z najbardziej przytłaczających i depresyjnych baśni Andersena. I właśnie na podstawie tego utworu dobry Disney postanowił zrealizować film, który, Bogu dzięki, swoją fabułą znacznie różni się od pierwowzoru. Tak więc po historii, po której zostaje płacz i zgrzytanie zębów nie pozostał nawet ślad. Przemysł chusteczkowy z pewnością nadal nad tym ubolewa, ale "Mała Syrenka" w disneyowskiej odsłonie stała się kolejną wspaniałą bajką z kolejnym, lecz nieprzeszkadzającym w najmniejszym stopniu nikomu, happy endem.

Na początku był zwiastun. Moim zdaniem- cudowny, piękny, magiczny..., ale za to nie pozostawiający złudzeń. Historia Małego Księcia ulegnie wielu modyfikacjom, które już nieraz zwiodły nawet najbardziej obiecujące produkcje. Jako osoba, kochająca prostotę i oczekująca od ekranizacji wiernego oddania fabuły, zaczęłam wątpić i zastanawiać się czy warto poświęcać swój czas i pieniądze na TAKIEGO Małego Księcia, który może okazać się zupełnie inny od swojego książkowego odpowiednika? Czy może warto sobie najzwyczajniej w świecie odpuścić? Zaryzykowałam. Poszłam, obejrzałam i zakochałam się.
Główną bohaterką naszej filmowej historii jest dziewięcioletnia dziewczynka, wobec której mama postawiła wielkie wymagania i której dzieciństwo zostało zaplanowane co do minuty tak, aby wyrósł z niej ,,wspaniały dorosły". Kiedy jednak obie panie zmieniają miejsce zamieszkania do życia Małej wdziera się element chaosu, odrobina szaleństwa, radość... Słowem przyjaciel, który wywraca wszystko do góry nogami. Jest nim sędziwy, zwariowany lotnik (tak, TEN lotnik, patrz: książka), który zaczyna opowiadać dziewczynce niezwykłą historię, która przydarzyła mu się, gdy niegdyś rozbił się na Saharze. Historię Małego Księcia. Tak więc wydarzenia z przeszłości przeplatają się z tymi teraźniejszymi aż do momentu, kiedy dziewczynka dowiaduje się smutnego zakończenia opowieści. I wtedy ogarnia ją wielkie rozczarowanie. Czuje się przez przyjaciela oszukana i przestaje wierzyć, że wieczorami, patrząc w niebo, pilot słyszy śmiech Małego Księcia. Mała powraca do swojego normalnego życia pełnego wymagań i oczekiwań. Wszystko zmienia się, gdy stary lotnik trafia do szpitala. Dziewczynka postanawia wtedy odnaleźć Małego Księcia. W ogrodzie pilota wsiada do samolotu i niebawem trafia na ciemną i smutną planetę dorosłych, na której Próżny okazuje się policjantem, a Bankier bogatym Biznesmenem. Przypadkiem natyka się na młodego człowieka, którego praca polega na przeczyszczaniu kominów (analogia do wulkanów). Okazuje się nim Mały Książę, który nazywa się teraz Pan Książę i dawno już zapomniał o tym, iż był kiedyś dzieckiem (delikatnie mówiąc: ktoś mu w tym pomógł). Dziewczynka odmienia tę planetę, uwalniając gwiazdy, które według dorosłych ,,mogą zostać lepiej wykorzystane", przypomina Księciu o Jego Róży i pomaga powrócić na asteroidę. Kiedy wraca już na swoją planetę, godzi się z przyjacielem, a po jego śmierci ogląda z mamą niebo, z którego dochodzą ją odgłosy śmiechu... Małego Księcia i lotnika.
,,Mały Książę" to cudna, wzruszająca animacja. Bardzo symboliczna. To naprawdę wielka sztuka dokonać znacznych modyfikacji i zachować niezwykły klimat. Film pokazuje świat dorosłych w krzywym zwierciadle. Niby jest on taki przemyślany i idealny,ale nie ma w nim miejsca na dziecięce marzenia, a dorosły zdrowy rozsądek przekracza nieraz granice absurdu. Poza tym jest to swoista interpretacja ,,Małego Księcia", która pokazuje, że Próżni, Bankierzy, Pijacy i Królowie są wśród nas. Że są to typy ludzi, które nas otaczają, a Antoine de Saint-Exupery w swoim niezwykłym dziele przedstawił otaczającą nas rzeczywistość. ,,Mały Książę" to opowieść o przyjaźni i o tym, że nie możemy zapominać o naszym dzieciństwie. Marzeniach, snach i o naszej Róży. Musimy to wszystko przechowywać w sobie i nie tracić dziecięcej radości i świeżości.Nie ma nic złego w dorastaniu. Ważne, aby nie zapomnieć, że kiedyś się było dzieckiem.
Byłam, zobaczyłam i chociaż się nie zachwyciłam, to i tak było warto jeszcze raz przeżyć historię dzieciństwa. Odwiecznego Kopciuszka, na którym wychowało się już tyle pokoleń. Historię naiwnej miłości i historię dobra, za które kiedyś musimy przecież dostać nagrodę. Może i to trochę odstaje od realiów współczesnego świata, ale przecież to baśń, a nie film na faktach autentycznych!
Film nie jest odkrywczy ani zaskakujący. Zarys fabuły został niemalże niezmieniony (może z wyjątkiem paru drobiazgów). Tutaj coś dodano, tam coś odjęto. Rozwinięto delikatnie motyw księcia, uwikłanego w konwenanse i wybierającego między powinnością wobec rządzonego państwa, a wielką miłością. Nakręcono dwie sceny poważnych rozmów ojca (króla) z synem oraz, aby uczynić historię odrobinę mniej naiwną, zaaranżowano spotkanie Kopciuszka z księciem jeszcze przed pamiętnym balem. I na tym zmiany właściwie się kończą, co wydaje mi się raczej zaletą niż wadą filmu. Dzięki temu nie zniszczono kolejnej pięknej historii, poddając jej twórczej (ZA twórczej) obróbce, która zwykle kończyła się całkowitym fiaskiem. Widać, że autorzy nie podążyli za modą kręcenia filmów ,,prawdziwych historii", w których nie można zupełnie rozpoznać pierwowzoru.
Jakkolwiek dwie główne kreacje Elli - Kopciuszka (Lily James) i księcia (Richard Madden) nie wydają się olśniewające, a raczej poprawnie odegrane, tak Cate Blanchett wcieliła się w macochę w mistrzowskim stylu. Była doskonała w każdym calu. Stworzyła niezwykłą kreację postaci, która na początkowo zakłada maskę miłej i poczciwej osoby, a potem staje się zachłanną, bezwzględną i okrutną macochą, stosującą wyrafinowane metody dręczenia swojej pasierbicy i starającą się ją wykończyć fizycznie i psychicznie. Warta odnotowania jest też rola Heleny Bonham Carter, która przyzwyczaiła już nas do odgrywania postaci czarnych charakterów, a w ,,Kopciuszku" wciela się ... w dobrą wróżkę! I, o dziwo, całkiem nieźle sobie w tej roli radzi.
,,Kopciuszkowi" daleko do arcydzieła. Klasyczna historia przedstawiona w raczej klasyczny sposób. Ciepła i optymistyczna. Dobrze zagrana. I chociaż to ,,tylko" baśń to może warto znów się w niej zanurzyć i wsłuchać w mądre słowa, jakie do nas kieruje. I może okaże się wtedy, że bycie ,,odważnym i dobrym" wcale nie jest takie bez sensu, jak nam się wydaje?










