ameryka

Na zarazę w sam raz | "Mężczyźni wolą blondynki"

14:41

          Może i mężczyźni wolą blondynki, ale ja zdecydowanie wolę brunetkę. Ten film zdaje się wołać: „Drogie panie, taką kobietą trzeba być!”. Zaradną i inteligentną. Przenikliwą i rozważną. WYEMANCYPOWANĄ. No, romantyczną też nie zaszkodzi.

            O słodka naiwności! Jak nie kochać filmów z tamtych lat? Postacie poczciwe, choć często pogubione, twarze piękne, stroje barwne, a na koniec happy end. A jeżeli jeszcze na dodatek na ekranie mieni się, jak wór diamentów (porównanie nie jest tu przypadkowe) Marilyn Monroe, to pozostanie obojętnym wydaje się niemożliwe. Za każdym razem, mimo uporczywych starań, padam ofiarą uroczej, ciut infantylnej kobiety o włosach blond. Po prostu nie mogę oderwać od niej wzroku! Czasem wydaje mi się, że Marilyn gra za każdym razem tę samą rolę, zmieniwszy jedynie imię. Sugar Kane Kowalczyk, Lorelei Lee, Pola Debevoise to jedynie kolejne wcielenia. 

           
 Fabuła filmu jest rozczulająco prosta i opowiada historię dwóch aktorek kabaretowych. Postacie zostały ze sobą zestawione na zasadzie kontrastu, który przejawia się już w wyglądzie zewnętrznym bohaterek. Motyw znany i lubiany. Rozważna i romantyczna. Dorothy i Lorelei. Każda z nich ma inną wizję siebie i świata. Panna Lee marzy o poślubieniu milionera, głęboko wierząc, że miłość przyjdzie potem. Właściwie trudno powiedzieć, czym jest dla niej uczucie. W swoim popisowym numerze uparcie twierdzi, że diamenty są najlepszymi przyjaciółmi kobiety. Dorothy chce żyć, bawić się i być adorowana, ale w swoich relacjach poszukuje autentyczności. Towarzysząc swojej przyjaciółce w podróży do Europy, odnajduje mężczyznę, którego może traktować po partnersku, przed którym nie musi udawać ani słodkiej idiotki, ani femme fatale.
            Ten film wciąż dużo mówi o nas, kobietach. O naszych pragnieniach i potrzebach. W świecie, który (Bogu dzięki) powoli się feminizuje, wciąż wiele jest dziewczyn, takich jak Lorelei Lee. I wiecie co? Mają prawo takie być. Ja jednak wybieram Dorothy.


bergman

Na zarazę w sam raz #2 | "Siódma pieczęć" Bergmana

09:28



            „Siódma pieczęć” jest arcydziełem. Od tej zupełnie niezobowiązującej uwagi chciałabym zacząć. Oglądając film doszłam do wniosku, że jest to dzieło doskonale uniwersalne, ogólnoludzkie, wykraczające poza konkretne czasy i jednostkowe doświadczenie. A do tego jeszcze zaczęło w niepojęty sposób rezonować z otaczającą nas rzeczywistością szalejącej epidemii. 

            
            Choć rzecz dzieje się w średniowieczu, realia historyczne nie są ważne same w sobie. Są raczej narzędziem budowania klimatu, środowiskiem sprzyjającym odczuwaniu metafizycznego drżenia, egzystencjalnego niepokoju. Wracający z wyprawy krzyżowej Rycerz zmaga się z wewnętrzną ciemnością, poczuciem dojmującej pustki i braku sensu. Pragnie dotrzeć do prawdy o świecie, do odpowiedzi na pytanie o istnienie Boga. Jego działania okazują się z góry skazane na niepowodzenie. Szukając obecności, odnajduje nicość, głosu – ciszę, życia – Śmierć. Spotykani przez niego ludzie ilustrują różne sposoby radzenia sobie z egzystencją, zupełnie odmienne taktyki poruszania się w rzeczywistości. Jedni pocieszenia upatrują w religijnym ekstremizmie, zaślepiającym i jednocześnie zapewniającym im poczucie bezpieczeństwa, drudzy – w braku moralnych zasad, oszustwie i wyrachowaniu, jeszcze inni – w postawie spokojnej i przesiąkniętej ironią. Przewijająca się w tle zaraza, której nie widać, ale o której wszyscy mówią, czyni wysiłki ludzi jeszcze bardziej gorączkowymi. Sytuacja odsyła do współczesności i buduje całą sieć analogii, zaskakująco trafnych. My też radzimy sobie, jak możemy. Teraz nasze własne, prywatne taktyki są jeszcze łatwiej zauważalne.
            W „Siódmej pieczęci” trudno nie zauważyć inspiracji filozofią egzystencjalną, a zwłaszcza koncepcjami Martina Heideggera. Jednostka wykracza poza świat, w którym żyje, zdaje się być wychylona w nicość. Jest ku śmierci. Świadomość tej prawdy rodzi w Rycerzu trwogę, niemożliwe do zniwelowania napięcie, bohater zapada się w sobie, traci nadzieję. Wydarzenia, których jest świadkiem, sprawiają, że coraz pełniej zdaje sobie sprawę z fasadowości świata, niemożności wniknięcia w jego istotę.
            Znaczeniowe bogactwo nie jest jedyną siłą tego filmu. Niewątpliwie warta uwagi jest również warstwa wizualna. Wydaje mi się, że wszyscy doskonale znają najsłynniejszy chyba kadr dzieła – grę w szachy Rycerza ze Śmiercią. Takich obrazów, wizualnie zachwycających, poruszających (śmierć dziewczyny oskarżonej o diabelskie konotacje) i zapadających w pamięć (serce?) jest zdecydowanie więcej.
            Nie czekajcie, nakarmcie swoją duszę i obejrzyjcie „Siódmą pieczęć”!





ameryka

I za co te Oscary? Recenzja "La la land"

17:34

Kiedy kilka miesięcy temu wychodziłam z kina zmęczona, znudzona, rozczarowana i rozgoryczona, byłam pewna: ten film nie dostanie nawet pół Oscara. Akademia  nie dałaby bądź co bądź wciąż prestiżowej nagrody czemuś tak słabemu. Cóż, życie lubi mnie zaskakiwać. Dzień, w którym w osłupieniu wysłuchałam radiowego sprawozdania z Gali był dniem ostatecznego rozwiania się moich złudzeń na temat Oscarów.


Rekomendacje znajomych, pozytywne komentarze w sieci, wysoka ocena na Filmwebie zrobiły swoje. Także zarys filmowej fabuły wydawał się niezmiernie intrygujący. W założ
eniu miała to być historia dwójki niepoprawnych marzycieli, którzy zupełnie nie potrafią odnaleźć się w swojej rzeczywistości. Sebastian, ambitny jazzman, mający już dość grania świątecznych melodyjek w podrzędnych restauracjach oraz Mia, aspirująca aktorka bezskutecznie pędząca z jednego castingu na drugi. Poczułam, że mi, beznadziejnej romantyczce, ta produkcja po prostu MUSI się spodobać. No i jeszcze gatunek. Musical. A ja koło musicalów nie przechodzę obojętnie.

Jakże daleki był jednak ten film od tego skrawka widocznego w zwiastunach. Po pierwsze hasło, "Kochajmy marzycieli!" po obejrzeniu "La la land" zabrzmiało wyjątkowo gorzko i cynicznie. Czy nasze marzenia są warte złożenia ofiary ze szczęścia, rodziny, miłości? A może prawdziwe uczucie dziś już nie istnieje? Może pod płaszczykiem marzycielstwa głównych bohaterów od początku kryło się wyrachowanie, absolutny egocentryzm? Wiem, że na któreś z tych pytań odpowiedź musi być twierdząca. Twórcy starali się z lekkiego filmu zrobić jakiś "prawdziwy", nietendencyjny dokument na faktach autentycznych. Znam ludzi, którzy dali się na to nabrać. Ja niestety nie. Próba nobilitacji "La la land" do miana sztuki wysokiej zakończyła się niepowodzeniem. Decorum zostało naruszone.  Impetyczne zderzenie marzeń z rzeczywistością zaprzeczyło istocie tego filmu.

"La la land" miejscami był niezwykle nużący. Wiele scen było najzwyczajniej w świecie przegadanych, niepotrzebnie wydłużonych. Dialogi między parą głównych bohaterów trąciły nieprzyjemną sztucznością, takim filmowym silikonem. Gdyby twórcy wyrzucili kilka scen, myślę, że widz nie odczułby większej różnicy. Fabuła została rozwidlona na zdecydowanie za wiele wątków i wąteczków, za dużo pojawiło się też zwrotów akcji. "La la land" na dobrą sprawę nie ma jednego głównego wątku, którego trzymałby się konsekwentnie od początku do końca.

Zdecydowanie sprzeciwiam się nazywaniu tego filmu musicalem. Musical jest przecież dziełem przede wszystkim muzycznym (z niewielkimi wstawkami tekstowymi). W "La la land" rzecz przedstawiała się zgoła odwrotnie. Mało było śpiewania, o tańcu już nie wspominając, choć pierwsza scena przedstawiała się bardzo obiecująco. Irytował mnie także świszczący wokal Emmy Stone.


Ale oczywiście nie jest tak, że film jest całkowicie pozbawiony zalet. Przeczarująca wydała mi się scena wspólnego powrotu Mii i Sebastiana z przyjęcia (scena "plakatowa"). Miała w sobie to coś, tę magię, po którą przychodzimy do kina, której poszukujemy nieustannie w oglądanych produkcjach. Choć piosenek było w "La la land"  niewiele, to niemal każdą z nich mogłabym określić jako naprawdę świetną. Do dzisiaj katuję soundtrack z tego filmu, jest naprawdę fenomenalny. Poza tym, zachwycająco przedstawiała się również warstwa wizualna. Szczególnie zapamiętałam piękne, żywe kolory i kadry, które skutecznie zachęcają do odwiedzenia Los Angeles w bardzo niedalekiej przyszłości.

Naprawdę, starałam się polubić "La la land". Nie wyszło. Nie uratowali go ani Ryan Gosling, ani Emma Stone. Czegoś zabrakło, a przecież film miał naprawdę ogromny potencjał. Każdy z nas ma przecież w sobie marzyciela, który czeka tylko na spełnienie swoich pragnień. Niestety, "La la land" poddało pod wątpliwość sens marzeń w tych "okropnych" czasach, gdy pieniądze i sława znaczą najwięcej.

film

Holocaust oczami dziecka, czyli "Chłopiec w pasiastej piżamie"

16:30

II wojna światowa to jedna z największych tragedii ludzkości. Wielki kryzys człowieczeństwa i moralności, którego nie można wymazać z pamięci. Dokonana w czasie tych sześciu strasznych lat zagłada Żydów odcisnęła swoje piętno na świadomości każdego Europejczyka. Bezwzględny plan zniszczenia całego narodu, niezrozumiały akt okrucieństwa i ślepej nienawiści, stał się jedną z najciemniejszych kart historii. Nic zatem dziwnego, iż został tematem wielu książek i filmów. Wydawałoby się, że Holocaust przedstawiono już na wszelkie możliwe sposoby, ukazano ze wszystkich stron, a jednak ten obraz łamie schematy, obdarza widza nowym, świeżym spojrzeniem. Jest niezwykły i przejmujący. Poznajcie "Chłopca w pasiastej piżamie"...

Znalezione obrazy dla zapytania chłopiec w pasiastej piżamie
Kiedy zaczyna się wojna, rodzina Bruna zostaje zmuszona do przeprowadzki z barwnego Berlina na nieco odludną prowincję. Chłopiec jest niepocieszony. Musi zostawić w mieście wszystkich swoich kolegów, wśród których dorastał, ale dobrze wie, że niestety nie ma innego wyjścia- tato jest wojskowym, a rozkaz to rozkaz. Pewnego dnia, znudzony samotną zabawą w jednym miejscu, wbrew zakazom rodziców postanawia zapuścić się poza ogrodzenie posiadłości. Nieoczekiwanie okazuje się, że nieopodal wznosi się gospodarstwo dziwnych ludzi w pasiastych piżamach.

"Chłopiec w pasiastej piżamie" to przede wszystkim niezwykły portret ludzi wojennej rzeczywistości. Czym się kierują? Co nimi rządzi? Przede wszystkim strach. W czasie wojny dużo łatwiej stracić życie, każdy jest podejrzany, a najmniejsze przewinienie może nas dużo kosztować. Bohaterowie filmu to ludzie skomplikowanie, wielokrotnie zupełnie niejednoznaczni i niepogodzeni z realiami, w których przyszło im żyć. Widzimy tutaj siostrę Bruna- zakochaną w Hitlerze młodą fanatyczkę, która gotowa jest walczyć za "sprawę", młodego oficera, starającego się ukryć prawdę o swoim ojcu, Pawła, który z żydowskiego lekarza przemienił się w cień oraz matkę- kobietę, która nie radzi sobie z otaczającą ją rzeczywistością.
Jest jeszcze tato Bruna- komendant obozu koncentracyjnego. Człowiek, który podejmuje decyzje i codziennie skazuje na śmierć setki niewinnych ludzi. A wieczorem wraca do domu i rękoma splamionymi krwią przytula swoje dzieci. Tyran i kochający ojciec w jednym. Sprzeczność, którą trudno pojąć.

Znalezione obrazy dla zapytania chłopiec w pasiastej piżamieFilm przedstawia wojenną tragedię zupełnie inaczej, oczami dziecka. Młody człowiek nie nakłada na rzeczywistość żadnych filtrów, nie interpretuje, nie ubarwia. Mówi to, co widzi. Świat chłopca nie jest skomplikowany. Bruno nie widzi obozu koncentracyjnego, widzi tylko ludzi w pasiastych piżamach, którzy wcale nie są szczęśliwi, chociaż cały dzień się bawią. Bo przecież, o co innego mogłoby chodzić, jeśli nie o zabawę? Wszystko inne jest ogromnie nielogiczne.

Najpiękniejszy jest jednak wątek przyjaźni niemieckiego i żydowskiego chłopca. Przyjaźń przez ogrodzenie, która dla obu dzieci staje się czymś niezmiernie ważnym. Ucieczką od smutnej, szarej codzienności. Obraz ten skłania do refleksji. Kiedy jesteśmy dziećmi nie widzimy między sobą większych różnic. Bariery tworzą dorośli i to oni właśnie stawiają mury nieraz niemożliwe do pokonania.

"Chłopiec w pasiastej piżamie" to film niezwykle poruszający. Wzrusza do łez i pokazuje Holocaust czystymi oczami dziecka. Dziecka, które nigdy nie podejrzewałoby istnienia instytucji takiej, jak obóz koncentracyjny. Dziecka niezdolnego do nienawiści. 
Opowieść skłania widza do refleksji. ta historia mogła się przecież potoczyć zupełnie inaczej...

animowane

Miłość syreny i inne historie, czyli Krótki Przewodnik po filmach Disneya #2

18:38

Witajcie!
Po blisko miesięcznej przerwie pora na kolejną odsłonę Krótkiego Przewodnika po filmach wujka Disneya. Na dzisiaj przygotowałam dwie kultowe produkcje, które śmiało można określić klasyką swojego gatunku. Nie ma mowy, by ktoś ich wcześniej nie oglądał, nie mówiąc już o sytuacji, w której ich tytuły brzmiałyby obco. Te filmy po prostu są czymś, z czym wcześniej czy później się stykamy, będąc dziećmi. Łączy je jedno. Miłość, która nie zważa na przeciwności, która łamie stereotypy i schematy. No i oczywiście uczy nas marzyć, nawet wtedy, gdy nasze pragnienia wydają się nierzeczywiste i niemożliwe do zrealizowania. Musimy o nie tylko trochę powalczyć.
Obiecuję, że tym razem będzie krótko i na temat, jak na Krótki Przewodnik po Disney'u przystało. :)

"Piękna i Bestia"


animation film disney vintage christmas"Piękna i Bestia" to jeden z tych filmów, w których nie znałam umiaru, będąc jeszcze pacholęciem. Historia pięknej dziewczyny i mało urodziwego, lecz za to wzbudzającego sympatię Bestii od początku podbiła moje serce. Może dlatego, że starannie utrwalany przez całe wieki schemat nie został tutaj powtórnie użyty. W każdej "porządnej" bajce jest przecież piękna księżniczka (najlepiej jeszcze, żeby owa piękność była złotowłosa), jest także cudny i nudny młodzieniec, względnie rycerz w lśniącej zbroi, ratujący sierotkę uwięzioną w wieży. Potem wszystko idzie już jak z płatka. Biorą ślub, urządzają huczne wesele, na które spraszają pół królestwa (dokładnie to pół królestwa, które obiecał wybawcy ojciec dziewczyny) i żyją długo i szczęśliwie.

A jak jest w "Pięknej i Bestii"? Olśniewającego księcia brak. Darmo doszukiwać się także odważnego rycerza. Jest za to Bestia, skrywający pod niezbyt zachęcającą powierzchownością, kochające i czułe serce. Łatwo jest kochać kogoś, kto od samego początku wzbudza nasz zachwyt (patrz: złotowłosy przystojniak w koronie), trudniej przekonać się do osoby, która wzbudza nasz lęk. Trzeba mieć odwagę, by odkryć jego prawdziwe oblicze, nie zrażać się murem niedostępności i oschłości. Dlatego właśnie ta historia jest tak niezwykła. Bo pokazuje, że nie warto ufać własnym oczom, ale posłuchać serca.

Swoją drogą szkoda, że mainstreamowej tradycji musiało stać się zadość i Bestia koniec końców przestał być Bestią. W roli wymuskanego książątka prezentował się znacznie gorzej. Mimo to serdecznie polecam wszystkim fanom bajek, którzy nie zrażają się śpiewającym i podgrygującym w rytm muzyki, porcelanowym serwisem do herbaty.
 disney beauty and the beast disney kiss

"Mała Syrenka"


"Mała Syrenka" to niewątpliwie jedna z najbardziej przytłaczających i depresyjnych baśni Andersena. I właśnie na podstawie tego utworu dobry Disney postanowił zrealizować film, który, Bogu dzięki, swoją fabułą znacznie różni się od pierwowzoru. Tak więc po historii, po której zostaje płacz i zgrzytanie zębów nie pozostał nawet ślad. Przemysł chusteczkowy z pewnością nadal nad tym ubolewa, ale "Mała Syrenka" w disneyowskiej odsłonie stała się kolejną wspaniałą bajką z kolejnym, lecz nieprzeszkadzającym w najmniejszym stopniu nikomu, happy endem. 
disney ariel the little mermaid little mermaid

I tutaj zakochanej parze dużo brakuje do modelu standardowego. Wystarczy wspomnieć, że jedną ze stron jest syrena o wdzięcznym imieniu Ariel (teraz przywodzącym na myśl skojarzenia proszku do prania). Zakochana po płetwę w czarującym przedstawicielu lądowego świata oraz wiedziona młodzieńczym buntem (taki wiek) postanawia opuścić na zawsze podmorskie królestwo swojego ojca, Trytona. W tym celu gotowa jest podjąć każdą, nawet najbardziej karkołomną decyzję.

I ta produkcja również zachwyca piękną, inspirowaną baśnią Andersena historią. A gdy jeszcze do tego na ekranie pojawia się okrutnie zła, choć równie intrygująca postać, to podążanie za bajkową akcją staje się prawdziwą przyjemnością. 
Podróż z podmorskiego do lądowego świata staje się jeszcze przyjemniejsza dzięki wspaniałym piosenkom śpiewanym już nie przez porcelany imbryk i filiżanki, ale wszystko, co tylko ma na to ochotę. 

animowane

Krótki przewodnik po filmach Disneya #1: "101 Dalmatyńczyków"

19:00

Całkiem niedawno wpadłam na genialny pomysł. W ramach urozmaicenia tematyki bloga postanowiłam poprzeplatać recenzje książek i filmów tekstami o czymś, o czym mogę mówić całymi godzinami i co jest mi szczególnie bliskie od najmłodszych lat. O filmach wujka Disneya. Kto nie wychował się na tych produkcjach? Kto nie uronił ani jednej łzy? Kto podczas oglądania ani razu głośno się nie roześmiał? Kto nie nucił piosenek śpiewanych przez księżniczki, rycerzy, książąt, złodziejaszków, tajemnicze stwory, potwory i masę innych postaci, które od kilkudziesięciu lat przewijają się przez kolejne filmy? Chyba nie ma takiej osoby. I właśnie dlatego produkcje Disneya są absolutnym fenomenem. Czymś, co tkwi w nas mimo upływu lat. Czymś, co bawi dziecko, nastolatka, dorosłego i staruszka. Czymś, za czym może czasem nieświadomie tęsknimy.



Kiedy zaplanowałam już cykl poświęcony Disneyowi, myślałam, że jestem szalenie oryginalna. Potem jednak rozejrzałam się trochę i... niestety, nie jestem. Jak to jest możliwe, że w tylu głowach naraz rodzą się podobne pomysły? Że spośród tylu tematów wybieramy akurat ten sam? To się chyba nazywa pokrewieństwo dusz. :) Dobrze, że nie kierował mną konformizm. Konformizm to jedna z tych rzeczy, na które mam ciężką alergię.
Początkowo cykl miał mieć formę TOP 5 albo TOP 10, ale nie wypaliło. W moim przypadku zamknięcie się w pięciu ulubionych filmach jest po prostu niemożliwe. Więc spore grono ulubieńców podzieliłam na kilka (kilkanaście?!) tur.

Ale nie przedłużając, zaczynajmy! Dziś pora na:

101 Dalmatyńczyków


Nie mam pojęcia, dlaczego zaczynam właśnie od tej "bajki". Może dlatego, że jest bardzo często pomijana we wszelkiego rodzaju zestawieniach. Nigdy jeszcze na pytanie: "Który film Disneya lubisz najbardziej?" nie otrzymałam odpowiedzi: "101 Dalmatyńczyków". Za to często słyszę, że pozycja ta specjalnie daną osobę nie interesowała, więc tak się jakoś złożyło, że nigdy nie została przez nią obejrzana. Osobiście czuję do "Dalmatyńczyków" wielką sympatię. Były czasy (bardzo zresztą zamierzchłe), kiedy wprost katowałam tę bajkę, oglądając ją niemal dzień w dzień.

Jest to jedna z tych animacji, których głównymi bohaterami są zwierzęta, choć delikatnie uczłowieczone. Wszystko zaczyna się, gdy pewien właściciel dalmatyńczyka podczas spaceru w parku poznaje piękną kobietę ("całkiem przypadkiem" posiadającą psa tej samej rasy). Jak się okazuje zarówno pupile, jak i ich właściciele szybko się w sobie zakochują i postanawiają odtąd razem kroczyć przez życie. Początkowo wszystko układa się pomyślnie. Na świat przychodzą małe dalmatyńczyki i cała rodzinka pędzi spokojne, radosne życie w domku na zacisznych przedmieściach dużego miasta. Wkrótce jednak szczenięta zostają skradzione. Odtąd cała rodzina oddaje się poszukiwaniom, a sprawa kradzieży staje się punktem wyjścia do szeregu nieoczekiwanych zdarzeń, zabawnych sytuacji i perypetii.


Pisząc o tym filmie, nie sposób nie wspomnieć o postaci, którą zna chyba każdy. Pewnej niesamowicie charakterystycznej, ekscentrycznej wielbicielce futer, bez przerwy palącej długie papierosy, czyli Cruelli de Mon. Moim zdaniem jest to jedna z najbardziej intrygujących, bajkowych antybohaterek, wcielenie wszystkich możliwych negatywnych cech (z ciężkim nałogiem włącznie). Właściwie równie dobrze ten film mógłby się nazywać "Cruella de Mon", ponieważ to ona gra w nim pierwsze skrzypce i jest duchem sprawczym zdarzeń. Choć z pewnością w większości nie budzi pozytywnych emocji (w tym przypadku jestem odmieńcem), to jednocześnie wzbudza zainteresowanie. Bez niej ten film nie byłby już tak barwny i wyjątkowy. Cruella de Mon jest przecież jedyna w swoim rodzaju i nie wiem, czy w jakiejkolwiek innej bajce powstała tak idealnie wykreowana antybohaterka.


"101 Dalmatyńczyków" to klasyczny film Disneya. Widz znajdzie w nim sporą dawkę miłości, przyjaźni, oddania i ciepła. Co prawda wymienione wartości zostaną zrównoważone przez chciwość, chęć zysku i "paskudny charakterek" Cruelli de Mon, ale koniec końców wszystko, co złe zostanie napiętnowane i pokonane. I tak niech zostanie! ;)

film

Starcie bohaterów, czyli recenzja kolejnej części "Kapitana Ameryki"

19:44

Choć początkowo zupełnie się na to nie zanosiło, rok temu stałam się gorącą zwolenniczką filmów Marvela, zmieniając tym samym diametralnie swoje poprzednie stanowisko. I teraz z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeżeli ktoś twierdzi uparcie, iż produkcje te są wyjątkowo słabymi wytworami kultury niskiej, to znaczy, że jeszcze ich nie oglądał. Wbrew pozorom mają widzowi do zaoferowania całkiem sporo, a nieraz nawet znacznie więcej niż inne dzieła wpuszczane do kin, dla zadowolenia gustów szeroko pojętych mas. 
 Tak więc nie powinno nikogo dziwić, że razem z innymi ludźmi tłumnie zmierzającymi do kin ("Kapitan" już po 19 dniach okazał się kasowym hitem tego roku), postanowiłam jeszcze raz zagłębić się w świat ulubionych bohaterów. I zdecydowanie tego nie żałuję! Ten film to skuteczny sposób na miłe spędzenie wieczoru w naprawę doborowym towarzystwie. Na ekranie widzimy takie gwiazdy, jak nieprzyzwoicie przystojny Chris Evans, czarująca, aczkolwiek zaskakująco niebezpieczna Scarlett Johansson czy Robert Downey Jr., którego po prostu nie lubić się nie da. 

W filmie zostaje przedstawiona tematyka, której darmo szukać w poprzednich odsłonach. To, co wcześniej skutecznie było pomijane i zamiatane pod dywan, by nie psuć efektu, w "Kapitanie Ameryce" przedstawiono w pełnej okazałości. Czy Avengersi rzeczywiście są błogosławieństwem dla mieszkańców globu? Te pytanie właściwie napędza akcję filmu, od niego wszystko się zaczyna. Nasi bohaterowie wielokrotnie już zdołali popisać się odwagą i uratować świat..., zostawiając jednocześnie za sobą setki niewinnych ofiar. Każdej ich interwencji towarzyszyła śmierć ludzi. Bohaterowie też popełniają błędy, ale cena dla wielu okazała się zbyt duża. W końcu ONZ zaproponowało objęcie Avengers ścisłą kontrolą, by nie dopuścić do kolejnej tragedii. W razie nieprzyjęcia tej propozycji, postacie byłyby zmuszone zawiesić swoją działalność i przejść do stanu bohaterskiego niebytu. I tutaj pojawia się problem, gdyż nie każdemu rezygnacja z autonomii jest na rękę. Rozpad wśród Avengers okazuje się zatem nieunikniony, a nieoczekiwany splot okoliczności prowadzi do konfrontacji. Kapitan Ameryka i Iron Man stają po dwóch stronach barykady.

To, co przemawia za filmem to niezwykle rozbudowana fabuła, która właściwie nie ma słabych momentów (może z wyjątkiem delikatnie drażniących, ckliwych rozmówek Wandy i Visiona). Zdecydowanie zachwycają błyskotliwe, pozbawione sztuczności dialogi. Widz właściwie nie ma szansy, by się znudzić. Zwroty akcji, liczne pojedynki i nowe fakty przyprawiają o zawrót głowy. A kiedy wydaje się, że wszystko zmierza w kierunku przewidywalności, twórcy wyciągają z rękawa kolejnego asa, którym niewątpliwie jest wprowadzenie postaci Spider-Mana. I muszę przyznać, iż ten, wydawałoby się, karkołomny zabieg przynosi nieoczekiwane efekty. Atmosfera się rozluźnia, a dialogi zaczynają śmieszyć, niosąc ze sobą tę nutkę młodzieńczej świeżości. Niektórzy uważają, że Spider-Man ukradł ten film w kwadrans. Ja dałabym mu dwadzieścia minut. I już widz leży na łopatkach.

Całe mnóstwo postaci znanych już z poprzednich produkcji Marvela to także wielki plus tej produkcji. Jest tutaj Iron Mana, War Machine, Clint, Falcon i Czarna Wdowa, jak i niepozorny Ant-Man. Pojawia się także Czarna Pantera, która za sprawą swojego mrocznego, tajemniczego image'u wydaje się niezwykle intrygująca. Na ekranie gości Zimowy Żołnierz, również mający w tym filmie swoje pięć minut. Znowu staje się sprężyną wydarzeń zmierzających ku... smakowitej scenie pojedynku.
Bitwa bohaterów na płycie lotniska to niewątpliwie jedna z tych scen, dla których naprawdę warto wybrać się do kina. Zrealizowana z wielkim rozmachem i, co najważniejsze, pomysłem staje się prawdziwą ucztą dla oka widza.

Nowy "Kapitan Ameryka" jest niezwykły pod wieloma względami.
 Po pierwsze, moja wielka sympatia dla Iron Mana nieco osłabła. I choć nadal Stark był tym samym czarującym ekscentrykiem i egocentrykiem, choć nadal nie brakowało mu inteligencji i specyficznego, uszczypliwego stylu bycia oraz poczucia humoru, nadal nie mogę mu wybaczyć, że w kluczowym momencie stracił nad sobą panowanie i pod wpływem emocji rzucił się bezmyślnie na Kapitana.
Po drugie, to pierwszy film,w którym antagonista (Zemo) budzi współczucie.
Po trzecie, porusza tematykę ważną nie tylko w świecie Marvela, ale także w naszej rzeczywistości. W świecie konfliktów, wojen i zagrożeń ważne jest zachowanie rozsądku i otwartego umysłu. Czasem walcząc o lepszy świat, krzywdzimy niewinnych ludzi. Musimy o tym pamiętać i połączyć siły, by móc temu przeciwdziałać. 

A to trailer dla wszystkich, których nie udało mi się przekonać ;) :


film

Cudowny ,,Mały Książę", czyli byłam w kinie...

20:54

Na początku był zwiastun. Moim zdaniem- cudowny, piękny, magiczny..., ale za to nie pozostawiający złudzeń. Historia Małego Księcia ulegnie wielu modyfikacjom, które już nieraz zwiodły nawet najbardziej obiecujące produkcje. Jako osoba, kochająca prostotę i oczekująca od ekranizacji wiernego oddania fabuły, zaczęłam wątpić i zastanawiać się czy warto poświęcać swój czas i pieniądze na TAKIEGO Małego Księcia, który może okazać się zupełnie inny od swojego książkowego odpowiednika? Czy może warto sobie najzwyczajniej w świecie odpuścić? Zaryzykowałam. Poszłam, obejrzałam i zakochałam się.



Główną bohaterką naszej filmowej historii jest dziewięcioletnia dziewczynka, wobec której mama postawiła wielkie wymagania i której dzieciństwo zostało zaplanowane co do minuty tak, aby wyrósł z niej ,,wspaniały dorosły". Kiedy jednak obie panie zmieniają miejsce zamieszkania do życia Małej wdziera się element chaosu, odrobina szaleństwa, radość... Słowem przyjaciel, który wywraca wszystko do góry nogami. Jest nim sędziwy, zwariowany lotnik (tak, TEN lotnik, patrz: książka), który zaczyna opowiadać dziewczynce niezwykłą historię, która przydarzyła mu się, gdy niegdyś rozbił się na Saharze. Historię Małego Księcia. Tak więc wydarzenia z przeszłości przeplatają się z tymi teraźniejszymi aż do momentu, kiedy dziewczynka dowiaduje się smutnego zakończenia opowieści. I wtedy ogarnia ją wielkie rozczarowanie. Czuje się przez przyjaciela oszukana i przestaje wierzyć, że wieczorami, patrząc w niebo, pilot słyszy śmiech Małego Księcia. Mała powraca do swojego normalnego życia pełnego wymagań i oczekiwań. Wszystko zmienia się, gdy stary lotnik trafia do szpitala. Dziewczynka postanawia wtedy odnaleźć Małego Księcia. W ogrodzie pilota wsiada do samolotu i niebawem trafia na ciemną i smutną planetę dorosłych, na której Próżny okazuje się policjantem, a Bankier bogatym Biznesmenem. Przypadkiem natyka się na młodego człowieka, którego praca polega na przeczyszczaniu kominów (analogia do wulkanów). Okazuje się nim Mały Książę, który nazywa się teraz Pan Książę i dawno już zapomniał o tym, iż był kiedyś dzieckiem (delikatnie mówiąc: ktoś mu w tym pomógł). Dziewczynka odmienia tę planetę, uwalniając gwiazdy, które według dorosłych ,,mogą zostać lepiej wykorzystane", przypomina Księciu o Jego Róży i pomaga powrócić na asteroidę. Kiedy wraca już na swoją planetę, godzi się z przyjacielem, a po jego śmierci ogląda z mamą niebo, z którego dochodzą ją odgłosy śmiechu... Małego Księcia i lotnika.





,,Mały Książę" to cudna, wzruszająca animacja. Bardzo symboliczna. To naprawdę wielka sztuka dokonać znacznych modyfikacji i zachować niezwykły klimat. Film pokazuje świat dorosłych w krzywym zwierciadle. Niby jest on taki przemyślany i idealny,ale nie ma w nim miejsca na dziecięce marzenia, a dorosły zdrowy rozsądek przekracza nieraz granice absurdu. Poza tym jest to swoista interpretacja ,,Małego Księcia", która pokazuje, że Próżni, Bankierzy, Pijacy i Królowie są wśród nas. Że są to typy ludzi, które nas otaczają, a Antoine de Saint-Exupery w swoim niezwykłym dziele przedstawił otaczającą nas rzeczywistość. ,,Mały Książę" to opowieść o przyjaźni i o tym, że nie możemy zapominać o naszym dzieciństwie.  Marzeniach, snach i o naszej Róży. Musimy to wszystko przechowywać w sobie i nie tracić dziecięcej radości i świeżości.


 Nie ma nic złego w dorastaniu. Ważne,  aby nie zapomnieć, że kiedyś się było dzieckiem.


film

Uśmiechnij się do Kopciuszka. Cinderella znów na ekranach.

11:46

Byłam, zobaczyłam i chociaż się nie zachwyciłam, to i tak było warto jeszcze raz przeżyć historię dzieciństwa. Odwiecznego Kopciuszka, na którym wychowało się już tyle pokoleń. Historię naiwnej miłości i historię dobra, za które kiedyś musimy przecież dostać nagrodę. Może i to trochę odstaje od realiów współczesnego świata, ale przecież to baśń, a nie film na faktach autentycznych!
Film nie jest odkrywczy ani zaskakujący. Zarys fabuły został niemalże niezmieniony (może z wyjątkiem paru drobiazgów). Tutaj coś dodano, tam coś odjęto. Rozwinięto delikatnie motyw księcia, uwikłanego w konwenanse i wybierającego między powinnością wobec rządzonego państwa, a wielką miłością. Nakręcono dwie sceny poważnych rozmów ojca (króla) z synem oraz, aby uczynić historię odrobinę mniej naiwną, zaaranżowano spotkanie Kopciuszka z księciem jeszcze przed pamiętnym balem. I na tym zmiany właściwie się kończą, co wydaje mi się raczej zaletą niż wadą filmu. Dzięki temu nie zniszczono kolejnej pięknej historii, poddając jej twórczej (ZA twórczej) obróbce, która zwykle kończyła się całkowitym fiaskiem. Widać, że autorzy nie podążyli za modą kręcenia filmów ,,prawdziwych historii", w których nie można zupełnie rozpoznać pierwowzoru.

,,Kopciuszek" nie jest w żaden sposób przekombinowany. Prosty i nieskomplikowany, i może dlatego dosyć przyjemny w odbiorze. Jest to historia dziewczyny, która mimo wielu nieszczęść (śmierci matki i ojca) podążała za swoim życiowym mottem: ,,Bądź odważna i dobra". Wszystkie niepowodzenia jedynie motywowały ją do trwania w tej postawie. Była dobra, mimo ciężkiej pracy, bólu, smutku i upokorzenia, jakiego doznawała ze strony sióstr i macochy. Nie odpłacała im za niegodziwość tą samą monetą, ale posłuszna naukom matki, szła niewzruszenie naprzód. I za to dobro, które nosiła w sobie los postanowił ją nagrodzić.
Jakkolwiek dwie główne kreacje Elli - Kopciuszka (Lily James) i księcia (Richard Madden) nie wydają się olśniewające, a raczej poprawnie odegrane, tak Cate Blanchett wcieliła się w macochę w mistrzowskim stylu. Była doskonała w każdym calu. Stworzyła niezwykłą kreację postaci, która na początkowo zakłada maskę miłej i poczciwej osoby, a potem staje się zachłanną, bezwzględną i okrutną macochą, stosującą wyrafinowane metody dręczenia swojej pasierbicy i starającą się ją wykończyć fizycznie i psychicznie. Warta odnotowania jest też rola Heleny Bonham Carter, która przyzwyczaiła już nas do odgrywania postaci czarnych charakterów, a w ,,Kopciuszku" wciela się ... w dobrą wróżkę! I, o dziwo, całkiem nieźle sobie w tej roli radzi.
,,Kopciuszkowi" daleko do arcydzieła. Klasyczna historia przedstawiona w raczej klasyczny sposób. Ciepła i optymistyczna. Dobrze zagrana. I chociaż to ,,tylko" baśń to może warto znów się w niej zanurzyć i wsłuchać w mądre słowa, jakie do nas kieruje. I może okaże się wtedy, że bycie ,,odważnym i dobrym" wcale nie jest takie bez sensu, jak nam się wydaje?