artykuł

Kiedy pisarze wreszcie zmądrzeją?

19:03

Kiedy pisarze wreszcie zmądrzeją? To pytanie retoryczne. Odpowiedź jest tak oczywista, że w zasadzie nie powinno się stawiać takiego pytania, ale mimo to sytuacja budzi mój sprzeciw. Najgorętszy. Palący. Niedający spać, myśleć i oddychać. (No dobra, przesadziłam. Oddychać mogę w miarę spokojnie). A jednak za niemal każdym razem , gdy sięgnę po jakąś książkę "coś" musi doprowadzać mnie do szewskiej pasji. A już najczęściej kilka cosiów razem, dziwnym zbiegiem okoliczności pojawiających się także w innych powieściach. Czasem czuję, że z powodu naszych częstych spotkań jesteśmy już na niemal przyjacielskiej stopie. Niestety...

Mówi się, że uczymy się na błędach, ale pisarze chyba nie wyznają tej samej zasady, co zwykli śmiertelnicy (a szkoda...).



















#1 Nie wiem, o czym piszę, ale piszę

W pisaniu wyobraźnia to rzecz przydatna. No ale bez przesady. Niektórych ponosi za bardzo. Zwłaszcza wtedy, kiedy piszą książki o czymś, o czym nie mają zielonego pojęcia. Ostatnio w mainstreamowym nurcie literatury (młodzieżowej zwłaszcza) pojawił się trend wplatania w powieści obyczajowe motywów science fiction. Dajmy na to, myśli sobie szlachetny autor: "Nie wiem nic o leczeniu raka, ale co tam, napiszę. Nikt się nie zorientuje". W ten sposób staje się prawdziwym pionierem w dziedzinie medycyny. Ludzie męczą się, studiują sześć lat, a potem jeszcze kończą specjalizację, a szanowny pan literat i tak wie więcej. Nie wiem z kogo chce sobie autor zażartować, ale mnie to nie śmieszy. W ten sposób stek bzdur ląduje w niezwykle chłonnych umysłach młodzieży, która albo odniesie się do treści krytycznie, albo (opcja niewłaściwa, acz częsta) z miłą chęcią w nie uwierzy. 
I w ten sposób wszyscy są zadowoleni. Autor zyskał zastrzyk gotówki, a czytelnicy inny, lepszy świat. Ale czy o to chodzi?

#2 Moda na wampiry

Pamiętacie jeszcze spektakularny sukces sagi "Zmierzch"? Głupie pytanie. Nagle wszyscy rzucili się do księgarni, by zapoznać się z historię "niezwykłej" (piszę to z nie-lekkim przekąsem) miłości. Dziewczyny zaczęły wzdychać do Edwarda (co zaostrzyło się jeszcze po premierze ekranizacji) i postanowiły zazdrościć Belli. Czy jak jej tam było. Nie minęło kilka tygodni, a na półkach zaroiło się od książek o zastanawiająco podobnej tematyce. I wartości artystycznej też (niestety). Wątpię, by autorzy, tworzący te powieści długo nosili się z zamiarem ich napisania. Pewnie decyzja była natychmiastowa. "Meyer zarobiła na wampirach, zarobię i ja". I w ten sposób powstała sterta marnych powieścideł, które niewiele wniosły, ale się za to sprzedały.
(A tak a propos, to czy to nie dziwne, że wszystkim nagle zebrało się na pisanie autobiografii?)

#3 Panie, oryginalnie będzie!

Czasem pan X, młody, obiecujący pisarz wpada na wspaniały pomysł. Na przekór wszystkiemu i wszystkim napisze coś zupełnie innego. Ludzie przecież dość mają takich banałów, jak śmiertelne choroby, rozwody, rozstania, wojny czy rodzinne historie.
Tylko, hola, hola! Nie każdy jest Gombrowiczem i nie każdemu groteska służy. Więc to, co inne, może okazać się po prostu śmieszne albo głupie ( z rozrzewnieniem wspominam tutaj "Poradnik pozytywnego myślenia"). 
Naprawdę czasem nie warto być kreatywnym. Życie bywa dużo bardziej pomysłowe. :)

Książniczka

Ostatni Indianie i buciory cywilizacji w "Rio Anaconda" Wojciecha Cejrowskiego

15:22

My, ludzie XXI wieku Indian znamy głównie ze starych, dobrych, amerykańskich westernów. Dla nas to nieco groteskowi, czerwonoskórzy goście z barwnymi pióropuszami na głowach, z głośnym, charakterystycznym okrzykiem atakujący "bladych" zdobywców z Europy. A przecież Indianie nie są tylko bohaterami stworzonymi na potrzeby hollywoodzkich produkcji, to żywi ludzie wciąż ukrywający się gdzieś na olbrzymich połaciach Puszczy Amazońskiej. Przed czym? Przed buciorami cywilizacji... Czyli tym wszystkim, czym pragniemy ich "uszczęśliwić".

Okładka książki Rio Anaconda
To o Indianach jest głównie ta Opowieść. Opowieść konkretna, szczególna i wyjątkowa, a napisana przez jednego z najbardziej cenionych polskich podróżników, Wojciecha Cejrowskiego. To za nim podąża czytelnik, na początku zapoznając się ze specyficznym klimatem Ameryki Łacińskiej, a następnie z rzeczywistością "granicznych" wiosek, zamieszkanych przez lud rozdarty między cywilizacją a tradycją. Szlak prowadzi aż do miejsca odludnego. Osławionych Dzikich Ziem, na których wspomnienie włos sam jeży się na głowie. To miejsce, gdzie nie zapuszczają się nawet najwięksi śmiałkowie. Tam przecież mieszkają Dzicy. Tak, CI Dzicy.

"Rio Anaconda" została napisana z wielkim... rozmachem. To jedyne odpowiednie słowo. To powieść bardzo przemyślana, od początku do końca (konkretnie 429 strony). Uzależnia jak narkotyk i naprawdę nie można się od niej oderwać. Wojciech Cejrowski po raz kolejny udowadnia, że jest niezrównanym gawędziarzem. I to nie tylko na szklanym ekranie. Ze słowem pisanym radzi sobie równie wspaniale, właściwie miejscami ma się wrażenie, że tej książki wcale się nie czyta, ale słucha albo ogląda. A opowiadający mówi tak barwnie, że można by przysłuchiwać się przez wiele długich godzin. W środku czytelnik znajdzie kilogramy anegdot, zabawnych historyjek, dygresji, poczynionych obserwacji i błyskotliwych uwag. Nie tylko na temat Indian.
Znane w Europie hasło Wszystkie dzieci nasze są, u Indian zostało wcielone w życie już dawno, dawno temu. Tym bardziej, że w maloce słychać czasami także i takie słowa: Pożycz żonę, bo mi trochę zimno.
Cejrowski podczas swojej podróży musi zmierzyć się z licznymi niebezpieczeństwami. W tym z tym największym, magią. Miejscami trudno dać wiarę jego opowieści, tak bardzo roi się w niej od niezwykłości. Ale czy coś takiego jest w stanie ktokolwiek wymyślić? A tym bardziej racjonalny człowiek XXI wieku, który nauczył się poznawać świat tylko poprzez "szkiełko i oko"? Bardzo wątpliwe. 

Historia przyjaźni podróżnika i ostatniego szamana plemienia Carapana to zdecydowanie najpiękniejszy i najbardziej ujmujący element tej książki. Dwa światy, dwie osobowości i rzeczywistości, które w końcu się spotkały. I zaczęły przyciągać się jak magnes. W tle tylko słyszymy echa końca. Końca Dzikich Indian. Jak pisze Wojciech Cejrowski, w końcu i w ich wiosce pojawią się pierwsze majtki.

"Rio Anaconda" to wspaniała lektura, podczas której trudno uniknąć żywiołowego śmiechu, ale i gorzkiej refleksji. Niestety nieuniknionej.

Christie

Królowa kryminału w "Dwunastu pracach Herkulesa"

17:35

Są chwile, w których mamy ochotę dowieść swojej wartości, wspiąć się na wyżyny własnych możliwości i dokonać czegoś spektakularnego, absolutnie niespodziewanego i niezwykłego. 

Słynny detektyw, Herkules Poirot, człowiek fizycznie zupełnie niepodobny do swojego mitologicznego odpowiednika, postanawia wykazać, iż nie nosi jego imienia bez powodu. Przed ostatecznym porzuceniem kariery wpada na błyskotliwy plan wykonania dwunastu ostatnich zleceń, które stałyby się zwieńczeniem jego pracy, kropką nad "i". Wkrótce okazuje się, że wszystkie zadania noszą w sobie podobieństwo do prac mitologicznego bohatera. Nieoczekiwanie stają się celną ripostą na dokonania herosa.

Już od pierwszych stron, ba!, nawet zdań staje się doskonale wyczuwalny specyficzny styl Agathy Christie. Raczej oszczędna w słowa, chłodna i rzeczowa królowa kryminału buduje narrację w sposób zaskakujący. Zupełnie "z boku", bez emocji. Nie nakłada żadnych filtrów na otaczającą czytelnika rzeczywistość, nie stosuje emocjonalnych zmyłek, mających wyprowadzić czytającego w pole. Wręcz przeciwnie, dokładnie prezentuje świat i pozwala czytelnikowi rozejrzeć się po nim samemu, jakby niepodlegle od odczuć i spostrzeżeń Poirota. Każda z prac staje się po części pracą każdego z nas. Dzięki temu mamy szansę rozpocząć pojedynek z jednym z najsławniejszych detektywów w historii literatury. Kto pierwszy dojdzie prawdy? I czyja hipoteza okaże się słuszna?

Charakterystyczna jest także cała atmosfera powieści. Można nazwać ją atmosferą jesiennego Londynu. Chłodna, surowa, deszczowa (?), a do tego pełna elegancji, taktu, wysmakowania, specyficznego, ale ujmującego uroku. No i nieodłącznej odrobiny ironii w wydaniu iście angielskim. Agatha jest prawdziwą specjalistką w poczynionych mimochodem, wyważonych, uszczypliwych uwagach, o których nigdy nie wiadomo czy są na serio, czy też nie.

Moje pierwsze spotkanie z Christie raczej mnie nie zachwyciło. To nieodpowiednie słowo. "Dwanaście prac Herkulesa" to klasyczny (w pełnym tego słowa znaczeniu) kryminał, który potrafi się spodobać. (Najlepiej smakuje przy filiżance aromatycznej, angielskiej herbaty!). Warto się z nim zetknąć, choćby dlatego, że tak "wypada". Zresztą tak samo, jak wypada czytać Sienkiewicza, Mickiewicza, Tołstoja czy Kafkę. Mimo to wszystkie te "ochy i achy" naprawdę trudno mi zrozumieć. Agatha jest i będzie królową kryminału, ale to nie znaczy, że spod jej pióra wychodziły arcydzieła. Dla mnie to zbyt wielkie słowo.

A który Herkules jest wspanialszy? Przekonajcie się sami!
Oto współczesny Herkules, jakże odmienny od tego niesmacznego wizerunku nagiego osobnika z przerostem mięśni, wywijającego maczugą. Ot, mała, zwarta postać, tak bardzo na miejscu, w wielkomiejskim ubraniu i z wąsem- wąsem o zapuszczeniu jakiego antyczny Herkules nie mógłby nawet marzyć, wąsem wspaniałym, a zarazem wyszukanym.

artykuł

"Blondynka na językach", czyli bezbolesna nauka języka obcego

18:37

Żyjemy w czasach, w których bardzo dobra znajomość języka obcego przestała być już czymś nadzwyczajnym, a raczej stała się koniecznością, bez której trudno marzyć o wielkim sukcesie na swojej drodze zawodowej. Również wraz ze stale wzrastającą popularnością podróży, podczas których umiejętność posługiwania się mową innych narodów raczej pomaga niż szkodzi, na rynku wydawniczym zaroiło się od publikacji mogących pomóc nam w opanowaniu niezbędnej wiedzy. Tak więc mamy do wyboru niezliczoną wręcz ilość wszelkiej maści podręczników, rozmówek, ćwiczeń i fiszek... które zaraz po zakupie rzucamy w kąt. Ponieważ zanim przebrniemy do najbardziej interesujących nas tematów, najbardziej przydatnych (a więc często podstawowych) zwrotów, jesteśmy zarzucani ogromem zasad gramatycznych, odmian, nieregularności. Słowem: tym wszystkim, co trudno spamiętać i co z łatwością może zniechęcić nas od podążania językową ścieżką.

I choć nie wszyscy mają smykałkę do języków i nie wszystkim ich nauka sprawia wielką przyjemność, to nie znam ani jednej osoby, która nie chciałaby posiąść umiejętności wysławiania się po włosku, hiszpańsku czy koreańsku.

Znalazłam jednak książkę, która przy odrobinie (dosłownie) samozaparcia i konsekwencji potrafi nauczyć dosłownie każdego (bez znaczenia, jak słabe ma mniemanie o swoich możliwościach językowych) porozumiewania się w języku obcym. To autorski kurs Beaty Pawlikowskiej, znanej i cenionej polskiej podróżniczki, która sama, napotykając na liczne trudności w nauce, postanowiła stworzyć coś zupełnie nowego. Nie podręcznik. Nie rozmówki. Nie ćwiczenia. Po prostu cykl "Blondynka na językach". Polega on na przyswajaniu prostych fraz i zwrotów o stopniowo wzrastającym poziomie trudności, z których potem tworzymy własne sformułowania. Dzięki temu uczymy się szybko i bez wysiłku, zupełnie instynktownie, odszukując pewne analogie. Jak to określiła sama pani Beata "na zasadzie logicznej układanki".

Wierzcie mi lub nie, taka nauka naprawdę przynosi nieoczekiwane efekty. Co prawda, nawet po zakończeniu kursu nie jesteśmy jeszcze gotowi na napisanie doktoratu czy też podjęcie studiów w obcym języku, ale bez trudu możemy się w nim porozumieć. Nie tylko w najprostszych sytuacjach komunikacyjnych ("Gdzie tu toaleta?"), ale także w kontaktach towarzyskich. Kurs został stworzony tak, by dostarczyć nam słownictwa do konwersacji na wiele tematów, takich jak sport, muzyka czy tradycja. 

Dzięki niej z pewnością poradzimy sobie podczas dalekich i nieco bliższych podróży. Dodatkowo kurs jest też swojego rodzaju zaproszeniem do kontynuowania swojej przygody z językiem. Naprawdę warto z tego zaproszenia skorzystać!

PS Okazało się, że są dwie wersje książek tej serii. Kupujcie tylko i wyłącznie te z płytką! Broń Boże nie z transkrypcją! 

artykuł

Jak ja nie cierpię tych książek!

18:30

W rzeczywistości, w której słowo "książka" nie jest obce tylko 37% naszych rodaków, każdy z nas zna przynajmniej jednego książkowego malkontenta, któremu, delikatnie rzecz ujmując, do biblioteki czy księgarni nie jest po drodze. I choć, zdawałoby się, czytelnictwo wśród młodych stało się ostatnio pewnym trendem (co widać zwłaszcza na przykładzie, pojawiających się jak grzyby po deszczu, blogów literackich), to wciąż nietrudno o jednostki starannie bojkotujące wszelkie spotkania ze słowem pisanym. Czy to tym, pochodzącym sprzed wieków, czy też stworzonym przez współczesnego pisarza. Dlaczego tak jest? Dlaczego wieloma z nas rządzi przekonanie, że książki są nudne i bezużyteczne? Gdzie się ono rodzi i czemu zawzięcie nie daje się przezwyciężyć?

Błogi czas dzieciństwa
Nie ulega wątpliwości, że większość naszych uprzedzeń, ale także i upodo
Tak powinno być, ale często bywa inaczej. W niektórych domach "Chodź, poczytam Ci bajkę" zostało wyparte przez "Chodź, włączę Ci bajkę". Sztandarowy przykład rodzicielskiego zmęczenia albo po prostu lenistwa. Inni z kolei czytać muszą za karę albo są do tej czynności przymuszani, "bo jeśli nie, to...".  Są i tacy rodzice, którzy postrzegają czytelnictwo jako stratę czasu i nie omieszkają podzielić się tą cenną uwagą z dziećmi ("Lepiej weź się za coś pożytecznego"). Ci, którzy doświadczyli rodzinnego czytania są prawdziwymi szczęściarzami, od początku kojarzącymi czytanie z czymś miłym i przyjemnym. Oni nie musieli zmieniać swoich przyzwyczajeń albo przezwyciężać uprzedzeń. Po prostu kontynuowali tradycję.
bań wynosimy z domu rodzinnego. No bo "czym skorupka za młodu nasiąknie...". Wiadomo. To okres, w którym najbardziej intensywnie poznajemy świat, innych ludzi, nabieramy dobrych i złych nawyków. Tutaj też następuje nasze pierwsze spotkanie z czytelnictwem. Nasza pierwsza książeczka. Spokojne wieczory przy bajce na dobranoc, które niepostrzeżenie stają się codziennym rytuałem. Monotonny głos taty lub mamy, wprowadzający nas w ekscytujący świat przeróżnych niezwykłości.

Otoczony przez książkowych malkontentów
Ale, wbrew pozorom, rodzina to nie wszystko. Są jeszcze koledzy z podwórka, przyjaciele, znajomi ze szkolnej ławy. Słowem całe nasze otoczenie, w którym obracamy się każdego dnia. Przejmujemy od niego wiele zachowań, często nie jesteśmy w stanie zdystansować się od jego opinii i narzucanych wzorców. Zwłaszcza kiedy mamy do czynienia z mocnymi charakterami, ludźmi, którzy są dla nas autorytetami i których zdaniu ufamy. Więc jeśli "Romek mówi, że książki są beznadziejne" to tak jest i już. 

Ach, te lektury...
Lektury potrafią zniechęcić do czytelnictwa nawet najbardziej zdeterminowanych. Dzieje się to gdzieś tak na poziomie późniejszych klas podstawówki i gimnazjum, kiedy to do gry wkraczają często dzieła, nie mogące najzwyczajniej w świecie znaleźć aprobaty w oczach młodzieży. Tutaj też pojawiają się książki nudne i mierne (przynajmniej tak zapamiętałam większość obowiązkowych utworów klasy V i VI). Wielokrotnie okazuje się, że nie są po prostu dopasowane do wieku swoich adresatów i całkowicie rozmijają się z ich potrzebami. Po tym zniechęcającym sparzeniu się czytelnictwem do tragedii droga prosta. Lektury, które mają sprawić, by młodzież czytała "cokolwiek" sprawiają, że młodzież nie czyta absolutnie niczego. Wielu zaczyna mylić książki z tymi kilkoma wiejącymi nudą tytułami, z którymi miała wątpliwą przyjemność zapoznać się, będąc jeszcze dzieckiem.

Świat nieograniczonych możliwości
Kiedyś książki były remedium na nudę. Podczas długich, zimowych wieczorów panowie i panie siadali w głębokich fotelach i zapuszczali się w świat przygód, romansów, intryg... A teraz?

Czy mamy czas by się nudzić? W świecie nieograniczonych możliwości, którym zawładnęły pochłaniacze czasu, nie tylko niewymagające od nas wyobraźni i intelektualnego wysiłku, ale podające świat w pigułce, w postaci łatwej do przyswojenia zmielonej papki. 
W XXI wieku możemy dotknąć gwiazd. Możemy wszystko. Mamy do wyboru tyle alternatyw, tyle dróg i możliwości. Świecący ekran bez trudu może nam zastąpić kilkadziesiąt spiętych, papierowych stron. 
Czy książki są nam jeszcze potrzebne? Ponad 60% Polaków w ubiegłym roku uznała, że nie.

Książniczka

Historia zaklęta w chińskiej szacie, czyli recenzja "Jedwabnej opowieści"

12:28

Dwie oddalone od siebie historie. Pierwsza, należąca do Mei Lien, Chinki, której okrutny los postanowił odebrać wszystko, co w jej życiu było naprawdę cenne. Druga, Inary, która wiedziona marzeniami postanawia porzucić posadę w prestiżowej firmie i zająć się prowadzeniem hotelu butikowego na ukochanej wyspie. Wkrótce, za sprawą jedwabnego rękawa, okazuje się, że kobiety wcale nie są sobie obce, a ich losy łączy nić starannie skrywanej tajemnicy sprzed stu lat.

Jedwabna opowieść_FRONT_RGB_72dpiPrzedstawiona w "Jedwabnej opowieści" historia zachwyca swoją oryginalnością. I choć, wydawałoby się, motyw rodzinnych tajemnic jest w literaturze tematem używanym na skalę masową, tym razem obyło się bez popularnych wątków powszechnie znanych z kioskowych romansideł. Sam pomysł na użycie starego, nieoczekiwanie odnalezionego rękawa chińskiej szaty jako koła zamachowego powieści, świadczy o wielkiej pomysłowości autorki oraz przemawia za tym, że warto poświęcić tej pozycji niejeden letni wieczór.

"Jedwabna opowieść" wiedzie czytelnika drogą ludzkich uczuć. Chciwości, nienawiści, cierpienia i bólu, ale także miłości, serdeczności oraz chęci odkupienia własnych win. Powieść starannie piętnuje kierujące ludźmi stereotypy, które wielokrotnie prowadziły do zagłady, aktów agresji i przemocy. Ale pokazuje również, że możemy okupić błędy swoje i swoich bliskich i, że w każdym momencie możliwe jest pojednanie i zadośćuczynienie. To świadectwo tego, że warto znaleźć w sobie odwagę do podejmowania trudnych i niepopularnych decyzji. Warto walczyć o marzenia, warto być uczciwym, warto poszukiwać prawdy, warto w końcu tę prawdę zaakceptować, choć może to na nas sprowadzić cierpienie.

Podczas czytania powieści szczególną uwagę przyciągają niezwykle silne sylwetki kobiet, Mei Lien i Inary. Obie mają w sobie wielką odwagę, która towarzyszy im na życiowej ścieżce. Obie są także postaciami pełnymi ciepła i miłości gotowej do poświęceń w imię osób, które kochają.

To, co nie budzi pozytywnych emocji to skłonność autorki do uciekania w banały. Zarówno, jeżeli chodzi o rozwiązania fabularne, jak i sformułowania. Dotyczy to zwłaszcza części opowieści, toczącej się w czasach obecnych. O ile historia Mei Lien zachwyca swoim autentycznym klimatem i atmosferą, o tyle część poświęcona perypetiom Inary miejscami wydaje się być nieco nienaturalna i wymuszona.

Mimo wszystko jednak śledzenie szokującej historii, wyszytej na jedwabnym rękawie, sprawia czytelnikowi wielką przyjemność. Ze strony na stronę zdobywamy coraz więcej szczegółów, które wcześniej nawet nie przyszłyby nam na myśl. I, chociaż "Jedwabna opowieść" prowadzi do smutnej refleksji nad naturą człowieka, warto sięgnąć po nią w kolejne leniwe, upalne popołudnie.

Książniczka

Najczęściej czytane książki ostatnich 50 lat

18:37

Dziś przedstawiam Wam listę najczęściej czytanych książek ostatnich pięćdziesięciu lat (oczywiście zakładając, że każda osoba, która zakupiła egzemplarz, przeczytała go chociaż raz). Czy obejdzie się bez niespodzianek? Zobaczymy...
Zacznijmy od końca (tak, wiem, że to wyjątkowo wredne, ale nie mogę się powstrzymać).
Miejsce 10.
"Dziennik Anny Frank"

Książka powstała podczas dwuletniego pobytu w ukryciu nastoletniej Anny Frank i jej rodziny w czasach niemieckiej okupacji Holandii. Spisane wspomnienia, zadziwiające swoją dojrzałością, poruszyły czytelników na całym świecie. Nic dziwnego, że sprzedały się aż w 27 milionach egzemplarzy.

Miejsce 9.
"Myśl i bogać się"

Każdy człowiek chciałby osiągnąć sukces, a najłatwiejsza droga do szczęścia, według większości, wiedzie właśnie przez pieniądze. Jak osiągnąć stan satysfakcji? Na to pytanie starał się właśnie odpowiedzieć Napoleon Hill. Z jego poradami zapoznało się aż 30 milionów czytelników.

Miejsce 8.
"Przeminęło z wiatrem"

Wyciskacz łez. Powieść o miłości z wojną secesyjną w tle, za którą szaleją nie tylko Amerykanie. Na stałe weszła do klasyki literatury światowej, a w ostatnich 50 latach sprzedała się w 33 milionach egzemplarzy.

Miejsce 7.
"Saga zmierzch"

Do dzisiaj fenomen tej sagi pozostaje dla mnie tajemnicą. Cykl książek o wampirach był swego czasu prawdziwym hitem i znajdował się na półce niemal każdej nastolatki. To zmierzchowe szaleństwo na szczęście dobiegło już końca (osobiście uważam, że nigdy nic tak dennego nie cieszyło się takim zainteresowaniem), ale jakby na to nie patrzeć, Stephanie Meyer udało się osiągnąć imponującą liczbę 43 milionów sprzedanych egzemplarzy.

Miejsce 6.
"Kod Leonarda da Vinci"

Książka o ogromnej sile przebicia, niezwykle kontrowersyjna i, dzięki temu właśnie głośna. Sprzedana w 57 milionach egzemplarzy.

Miejsce 5.
"Alchemik"

Nie jestem i już raczej nie będę zwolenniczką twórczości Paulo Coelho, ale nie ulega wątpliwości, iż udało mu się zgromadzić duże grono stałych czytelników. Choć uważam, że zabawa tego pana w filozofa jest dosyć nieudolna, to paraboliczny charakter "Alchemika" i jego przekaz przyciągnął do tej lektury 65 milionów ludzi!

Miejsce 4.
"Władca pierścieni"

Tolkien zajmuje 4. miejsce zupełnie zasłużenie. Nikt w historii nie stworzył swojego literackiego świata z taką skrupulatnością, poświęcając mu zarazem kilkadziesiąt lat życia. "Władca pierścieni" to dzieło niezwykłe, w którym zakochało się wiele milionów czytelników na całym świecie. Świat Śródziemia postanowiło poznać aż... uwaga, uwaga... 103 miliony!

Miejsce 3.
"Harry Potter"

3. miejsce zajmuje niezwykle popularna seria książek dla młodzieży autorstwa pani J.K. Rowling, opowiadająca o przygodach młodego czarodzieja. Czy istnieje osoba, która nie słyszała o tej pozycji? Chyba nie. "Harry Potter" sprzedał się w 400 milionach egzemplarzy.

Miejsce 2.
"Cytaty Przewodniczącego Mao"

Choć początkowo miejsce tej książki w rankingu na tak wysokim miejscu dziwi, to po chwili zastanowienia wydaje się w pełni uzasadnione. To dzieło było "biblią" w czasie rewolucji kulturalnej w Chinach. Każdy Chińczyk musiał się z nim zapoznać, zachęcano nawet do uczenia się fragmentów na pamięć. Znaczenie tzw. "Czerwonej Książeczki" spadło po 1978 roku, ale i tak zdążyła uplasować się na 2. miejscu z kosmiczną liczbą 820 milionów sprzedanych egzemplarzy.

Miejsce 1.
"Biblia"

Co sprawia, że "Biblia" stała się pierwszym światowym bestsellerem? Dlaczego czytają ją nie tylko chrześcijanie? Ponieważ kryje w sobie uniwersalny, wciąż aktualny przekaz. Jest księgą życia, piękną i mądrą, z której każdy z nas może czerpać. Dlatego osiągnęła astronomiczny pułap 3 900 milionów egzemplarzy.

artykuł

Dlaczego czytamy książki?

19:38

Książki towarzyszą człowiekowi od niepamiętnych czasu. Opowieści, początkowo przekazywane ustnie, potem spisywane na pergaminach, przepisywane w skryptoriach przez mnichów przy blasku świec aż w końcu, dzięki wynalazkowi Jana Gutenberga, drukowane na szerszą skalę. Kiedyś warte kilka wsi, dziś to dla nas właściwie chleb powszedni. Wystarczy tylko pójść do biblioteki albo odwiedzić najbliższą księgarnię. Jedno się nie zmieniło, mimo upływu lat. Wciąż rozpalają wyobraźnię ludzi na całym świecie, poszerzają horyzonty, pogłębiają wiedzę, opowiadają nowe historie. I chociaż wielu wieszczyło niezbyt optymistycznie, że rozwój nowoczesnych technologii, Internetu czy telewizji stanie się dla książek gwoździem do trumny, to czytelnictwo nie wymarło. Nadal ma się dobrze. Dlaczego? Dlaczego czytamy książki?


Trampolina
Jestem pewna, że gdyby zadać to pytanie, wielu odpowiedziałoby, że książki to po prostu odskocznia od rzeczywistości. Coś, co pozwala złapać dystans, na chwilę oddalić się od wszystkiego, co nas martwi, boli, smuci, z czym nie do końca dajemy sobie radę. Dzięki książkom z łatwością możemy się zrelaksować, odprężyć, zapomnieć o całym świcie. To taka trampolina, pozwalająca dotknąć gwiazd, a za kilka chwil powrócić znów na ziemię.

19485025911 866f1f3782

Drugie życie i worek doświadczeń

Czytając książki, nie jesteś już Krysią, Marysią czy Zosią. Możesz być, kim chcesz. Poławiaczem pereł, himalaistą, japońską księżniczką, kosmonautą czy elfem. Możesz być nawet tym, kim wcale nie chcesz być. Seryjnym zabójcą, więźniem, afgańskim uchodźcą, szaleńcem, grasującym po ulicach wielkiego miasta... Tak czy inaczej, dzięki książkom zdobywamy doświadczenia, do których najpewniej nie mielibyśmy dostępu, przeżywamy coś, co jest poza naszym zasięgiem, poznajemy nieznane nam światy i rzeczywistości za zamkniętymi drzwiami. Pobieramy życiową lekcję, która może nam się jeszcze kiedyś przydać. Gromadzimy wiedzę, poznajemy świat i ludzi z różnych części globu.

Skrzydła zwane wyobraźnią

Książki rozwijają naszą wyobraźnię, jak mało co. Czynią nas twórczymi, kreatywnymi ludźmi z milionem pomysłów na minutę. To, co innym nie przyszłoby nawet do głowy, dla nas nie jest już niczym dziwnym. Książki inspirują nas, często mówią: "Trzeba być odważnym w marzeniach" albo "Nie ma rzeczy niemożliwych". Pomagają nam uruchomić naszą wyobraźnię, z którą przecież życie jest dużo łatwiejsze, a już na pewno ciekawsze.
Biuro matrymonialne

Nie ważne czy mówimy o Kmicicu, panu Darcy, Mistrzu, Wokulskim czy Aragornie... Książki były, są i mam nadzieję będą źródłem postaci, w których można się zakochać. ;) Choć spotkać już niestety niekoniecznie...

Książniczka

Ucieczka do lepszego świata. Recenzja książki "Kiedy księżyc jest nisko"

18:13

W czasach, kiedy dosłownie zalewa nas zewsząd potok informacji o uchodźcach, tłumnie zmierzających ku Europie w poszukiwaniu lepszego życia, książka Nadii Hashimi po prostu spada z nieba. Seria zamachów zorganizowanych przez Państwo Islamskie spowodowała, że w mieszkańcach Starego Kontynentu obudziła się duża nieufność wobec przybyszów z Azji czy Afryki. Miejscami przeradza się ona w strach, rodzący coraz większą agresję i nienawiść. Z perspektywy przeciętnego Europejczyka napływ imigrantów stał się potencjalnym zagrożeniem dla jego bezpieczeństwa i wolności. A jak to wygląda z perspektywy uchodźcy? Nie religijnego fanatyka-terrorysty, ale człowieka, który marzy tylko o tym, by wreszcie odnaleźć pokój i zapewnić godne życie swoim dzieciom? Odpowiedź na to pytanie czytelnik znajdzie w opowieści Feriby.

Afganistan to piękny, ale niebezpieczny kraj. Feriba zdawała sobie z tego sprawę, kiedy patrzyła na rakiety rujnujące domy jej rodzinnego miasta. Każdego dnia stawała się niemym świadkiem ludzkich tragedii, żyła w strachu i pod groźbą nagłej, nieoczekiwanej śmierci. Nagle jednak nastąpił przełom, który zmusił ją do szybkiego działania. Chcąc zapewnić swoim ukochanym dzieciom lepsze (a może po prostu normalne) życie postanowiła wyruszyć w śmiertelnie niebezpieczną wyprawę do Europy.

"Kiedy księżyc jest nisko" to niewątpliwie niezwykle poruszająca powieść o silnej kobiecie, która w decydującym momencie swojego życia, nie zawahała się postawić wszystkiego na jedną kartę. To historia matczynej miłości, która nie cofnie się przed niczym, by tylko ratować swoje dzieci. Feriba jest postacią bardzo autentyczną, niepozbawioną ludzkich wad i słabości. Razem ze swoimi pociechami odczuwa olbrzymi strach przed każdym następnym dniem, ma świadomość tego, że w każdej chwili może zostać z powrotem odesłana do Afganistanu, a mimo to znajduje w sobie wystarczająco dużo determinacji, by wciąż iść naprzód. I walczyć wbrew nadziei.

Ale ta historia nie należy tylko do Feriby, ale także do jej starszego syna, Selima, który w pewnym momencie zostaje zmuszony do równoległego jej prowadzenia. To opowieść zagubionego chłopaka, który za wcześnie osiągnął dorosłość, którego życie zmusiło do prowadzenia bezwzględnej walki o przeżycie, często wbrew panującym zasadom. Selim zobaczył za dużo, by mógł zacząć wszystko na nowo i powrócić w spokojnej Anglii do czasu błogiego dzieciństwa.

Ta powieść pokazuje to wszystko, czego wolelibyśmy nie widzieć. Wyładowane uchodźcami, niebezpieczne tratwy, sunące po Morzu Śródziemnym. Imigrantów przyczepiających się do podwozi wielkich ciężarówek czy w ciemności przemierzających ciasne tunele kolejowe. Widzimy dzielnicy nędzy w Grecji czy we Włoszech, kartonowe chaty kryte plastikiem, pozbawione wody i elektryczności. Widzimy cieszące się złą sławą obozy dla uchodźców. "Kiedy księżyc jest nisko" ukazuje nam przerażającą rzeczywistość pozbawionego godności człowieka, który potrzebuje przecież tak niewiele. Bezpiecznego domu.

Podczas czytania powieści dostrzegłam pewne nierówności. Miałam wrażenie, iż niektóre rozdziały nie były wcale pisane przez tą samą osobę. Część I książki wydaje się zdecydowanie lepsza, a już na pewno bardziej dopracowana. Narrację Feriby czyta się z wielką przyjemnością, przy okazji zapoznając się z kulturą arabską i stylem życia w państwie zdominowanym przez muzułmanów. Końcówka jednak nie wypadła aż tak dobrze. Wydawała się być napisana w pośpiechu, już bez tego początkowego polotu.

Mimo wszystko, warto jednak poświęcić czas na zapoznanie się z rzeczywistością, która jest przecież tuż obok nas, a może na którą nieświadomie przymykamy oczy. Poznajcie historię Feriby i jej dzieci, ale również milionów innych uchodźców zmierzających ku lepszemu światu!

Książniczka

Mało pozytywnie. Czyli słów kilka o "Poradniku pozytywnego myślenia" Matthew Quicka

19:56

"Poradnik pozytywnego myślenia" to tytuł niezwykle sugestywny. Jeden rzut oka na sympatyczną, filmową okładkę i czytelnik zaczyna wyobrażać sobie nie wiadomo co. Myśli, że ta książka może zmienić jego życie, nauczy go, jak pielęgnować w sobie wiarę w lepszą przyszłość i optymizm nawet w najbardziej kryzysowych sytuacjach, jak myśleć pozytywnie i patrzeć na wszystko z zupełnie nowej perspektywy... Jeden tytuł i ludzie, w zamian za opanowanie umiejętności patrzenia przez różowe okulary, gotowi są pognać do biblioteki czy nawet bez zastanowienia włożyć książkę do swojego koszyka. Na "Poradnik pozytywnego myślenia" łatwo się "nadziać" właśnie dzięki temu pozytywnemu pierwszemu wrażeniu. Potem pozostaje już tylko mimowolne zgrzytanie zębów i wrażenie, że to, co najlepsze w tej książce (czyli tytuł) już za nami.
Jeśli bardzo się czegoś pragnie, zawsze jest nadzieja.
Pat mimo wszystko myśli pozytywnie. Żyje w przeświadczeniu, że jego życie jest tylko filmem, który wkrótce zakończy się happy endem. Co z tego, że opuściła go żona? Co z tego, że właśnie wrócił z zakładu psychiatrycznego, nie panuje nad sobą, a jego relacje z ojcem nie należą do najlepszych? Co z tego, że musi walczyć z niechcianym towarzystwem pięknej Tiffany, a na dodatek prześladuje go piosenka Kenny'ego G.? To wszystko nic. Remedium na wszelkie problemy są setki brzuszków dziennie, wiele przebiegniętych kilometrów, kilka klasyków literatury amerykańskiej, ćwiczenie bycia miłym oraz garść kolorowych pastylek.
Hemingway kłamie.
Pomysł na książkę wydaje się po prostu wymarzony. Po kilku pierwszych stronach czytelnik, wprowadzony do świata Pata, który początkowo wydaje się rozmazany i niejasny, zaczyna czuć wzmagającą się ciekawość. Zastanawia się nad przedstawioną rzeczywistością, próbuje znaleźć odpowiedź na pojawiające się znaki zapytania i z niecierpliwością czeka na dalszy rozwój wypadków. Ale niestety akcja powieści nie za bardzo chce się rozwijać... Raczej wlecze się powoli, skupia na mało znaczących szczegółach i rozwleka w nieskończoność to, co właściwie nic nie wnosi do fabuły (zdecydowanie za dużo miejsca poświęcono meczom futbolu i obszernym opisom sytuacji drużyny Orłów). W końcu nie wiadomo już, czy kontynuować lekturę, czy po prostu dać sobie z tym wszystkim spokój. Pobudzona ciekawość zaczyna przechodzić w rozdrażnienie aż w końcu na polu bitwy pozostaje tylko znudzenie i towarzyszące mu pytanie: "O co właściwie w tej książce chodzi?".

Może rzecz miałaby się zupełnie inaczej, gdyby nie fakt, że "Poradnik pozytywnego myślenie" jest debiutem Matthew Quicka (chociaż bywają przecież debiuty dobre czy nawet rewelacyjne). Książka napisana jest językiem zbyt prostym, by czytanie sprawiało prawdziwą przyjemność. Relacja wydarzeń sprawia wrażenie, jakby wyszła spod ręki przedszkolaka, choć być może jest to stylizacja na tok myślenia mężczyzny po przejściach, który, wobec pobytu w szpitalu psychiatrycznym, cofnął się w rozwoju. Mimo wszystko podążanie za tymi nieskomplikowanymi komunikatami wcale nie sprzyja lekturze, lecz raczej jest zajęciem niezwykle nużącym i żmudnym.

Bohaterowie powieści wydają się szarzy i mało interesujący. Żadna z postaci nie jest w stanie na dłużej przykuć uwagi. W rezultacie "Poradnik pozytywnego myślenia" wydaje być się dziełem wymuszonym, nijakim, bez polotu. Książką, która nic do życia nie wnosi, nie mówiąc już o spodziewanych przemianach. Książką, której równie dobrze można nie przeczytać wcale.