Książniczka

Mało pozytywnie. Czyli słów kilka o "Poradniku pozytywnego myślenia" Matthew Quicka

19:56

"Poradnik pozytywnego myślenia" to tytuł niezwykle sugestywny. Jeden rzut oka na sympatyczną, filmową okładkę i czytelnik zaczyna wyobrażać sobie nie wiadomo co. Myśli, że ta książka może zmienić jego życie, nauczy go, jak pielęgnować w sobie wiarę w lepszą przyszłość i optymizm nawet w najbardziej kryzysowych sytuacjach, jak myśleć pozytywnie i patrzeć na wszystko z zupełnie nowej perspektywy... Jeden tytuł i ludzie, w zamian za opanowanie umiejętności patrzenia przez różowe okulary, gotowi są pognać do biblioteki czy nawet bez zastanowienia włożyć książkę do swojego koszyka. Na "Poradnik pozytywnego myślenia" łatwo się "nadziać" właśnie dzięki temu pozytywnemu pierwszemu wrażeniu. Potem pozostaje już tylko mimowolne zgrzytanie zębów i wrażenie, że to, co najlepsze w tej książce (czyli tytuł) już za nami.
Jeśli bardzo się czegoś pragnie, zawsze jest nadzieja.
Pat mimo wszystko myśli pozytywnie. Żyje w przeświadczeniu, że jego życie jest tylko filmem, który wkrótce zakończy się happy endem. Co z tego, że opuściła go żona? Co z tego, że właśnie wrócił z zakładu psychiatrycznego, nie panuje nad sobą, a jego relacje z ojcem nie należą do najlepszych? Co z tego, że musi walczyć z niechcianym towarzystwem pięknej Tiffany, a na dodatek prześladuje go piosenka Kenny'ego G.? To wszystko nic. Remedium na wszelkie problemy są setki brzuszków dziennie, wiele przebiegniętych kilometrów, kilka klasyków literatury amerykańskiej, ćwiczenie bycia miłym oraz garść kolorowych pastylek.
Hemingway kłamie.
Pomysł na książkę wydaje się po prostu wymarzony. Po kilku pierwszych stronach czytelnik, wprowadzony do świata Pata, który początkowo wydaje się rozmazany i niejasny, zaczyna czuć wzmagającą się ciekawość. Zastanawia się nad przedstawioną rzeczywistością, próbuje znaleźć odpowiedź na pojawiające się znaki zapytania i z niecierpliwością czeka na dalszy rozwój wypadków. Ale niestety akcja powieści nie za bardzo chce się rozwijać... Raczej wlecze się powoli, skupia na mało znaczących szczegółach i rozwleka w nieskończoność to, co właściwie nic nie wnosi do fabuły (zdecydowanie za dużo miejsca poświęcono meczom futbolu i obszernym opisom sytuacji drużyny Orłów). W końcu nie wiadomo już, czy kontynuować lekturę, czy po prostu dać sobie z tym wszystkim spokój. Pobudzona ciekawość zaczyna przechodzić w rozdrażnienie aż w końcu na polu bitwy pozostaje tylko znudzenie i towarzyszące mu pytanie: "O co właściwie w tej książce chodzi?".

Może rzecz miałaby się zupełnie inaczej, gdyby nie fakt, że "Poradnik pozytywnego myślenie" jest debiutem Matthew Quicka (chociaż bywają przecież debiuty dobre czy nawet rewelacyjne). Książka napisana jest językiem zbyt prostym, by czytanie sprawiało prawdziwą przyjemność. Relacja wydarzeń sprawia wrażenie, jakby wyszła spod ręki przedszkolaka, choć być może jest to stylizacja na tok myślenia mężczyzny po przejściach, który, wobec pobytu w szpitalu psychiatrycznym, cofnął się w rozwoju. Mimo wszystko podążanie za tymi nieskomplikowanymi komunikatami wcale nie sprzyja lekturze, lecz raczej jest zajęciem niezwykle nużącym i żmudnym.

Bohaterowie powieści wydają się szarzy i mało interesujący. Żadna z postaci nie jest w stanie na dłużej przykuć uwagi. W rezultacie "Poradnik pozytywnego myślenia" wydaje być się dziełem wymuszonym, nijakim, bez polotu. Książką, która nic do życia nie wnosi, nie mówiąc już o spodziewanych przemianach. Książką, której równie dobrze można nie przeczytać wcale. 

animowane

Miłość syreny i inne historie, czyli Krótki Przewodnik po filmach Disneya #2

18:38

Witajcie!
Po blisko miesięcznej przerwie pora na kolejną odsłonę Krótkiego Przewodnika po filmach wujka Disneya. Na dzisiaj przygotowałam dwie kultowe produkcje, które śmiało można określić klasyką swojego gatunku. Nie ma mowy, by ktoś ich wcześniej nie oglądał, nie mówiąc już o sytuacji, w której ich tytuły brzmiałyby obco. Te filmy po prostu są czymś, z czym wcześniej czy później się stykamy, będąc dziećmi. Łączy je jedno. Miłość, która nie zważa na przeciwności, która łamie stereotypy i schematy. No i oczywiście uczy nas marzyć, nawet wtedy, gdy nasze pragnienia wydają się nierzeczywiste i niemożliwe do zrealizowania. Musimy o nie tylko trochę powalczyć.
Obiecuję, że tym razem będzie krótko i na temat, jak na Krótki Przewodnik po Disney'u przystało. :)

"Piękna i Bestia"


animation film disney vintage christmas"Piękna i Bestia" to jeden z tych filmów, w których nie znałam umiaru, będąc jeszcze pacholęciem. Historia pięknej dziewczyny i mało urodziwego, lecz za to wzbudzającego sympatię Bestii od początku podbiła moje serce. Może dlatego, że starannie utrwalany przez całe wieki schemat nie został tutaj powtórnie użyty. W każdej "porządnej" bajce jest przecież piękna księżniczka (najlepiej jeszcze, żeby owa piękność była złotowłosa), jest także cudny i nudny młodzieniec, względnie rycerz w lśniącej zbroi, ratujący sierotkę uwięzioną w wieży. Potem wszystko idzie już jak z płatka. Biorą ślub, urządzają huczne wesele, na które spraszają pół królestwa (dokładnie to pół królestwa, które obiecał wybawcy ojciec dziewczyny) i żyją długo i szczęśliwie.

A jak jest w "Pięknej i Bestii"? Olśniewającego księcia brak. Darmo doszukiwać się także odważnego rycerza. Jest za to Bestia, skrywający pod niezbyt zachęcającą powierzchownością, kochające i czułe serce. Łatwo jest kochać kogoś, kto od samego początku wzbudza nasz zachwyt (patrz: złotowłosy przystojniak w koronie), trudniej przekonać się do osoby, która wzbudza nasz lęk. Trzeba mieć odwagę, by odkryć jego prawdziwe oblicze, nie zrażać się murem niedostępności i oschłości. Dlatego właśnie ta historia jest tak niezwykła. Bo pokazuje, że nie warto ufać własnym oczom, ale posłuchać serca.

Swoją drogą szkoda, że mainstreamowej tradycji musiało stać się zadość i Bestia koniec końców przestał być Bestią. W roli wymuskanego książątka prezentował się znacznie gorzej. Mimo to serdecznie polecam wszystkim fanom bajek, którzy nie zrażają się śpiewającym i podgrygującym w rytm muzyki, porcelanowym serwisem do herbaty.
 disney beauty and the beast disney kiss

"Mała Syrenka"


"Mała Syrenka" to niewątpliwie jedna z najbardziej przytłaczających i depresyjnych baśni Andersena. I właśnie na podstawie tego utworu dobry Disney postanowił zrealizować film, który, Bogu dzięki, swoją fabułą znacznie różni się od pierwowzoru. Tak więc po historii, po której zostaje płacz i zgrzytanie zębów nie pozostał nawet ślad. Przemysł chusteczkowy z pewnością nadal nad tym ubolewa, ale "Mała Syrenka" w disneyowskiej odsłonie stała się kolejną wspaniałą bajką z kolejnym, lecz nieprzeszkadzającym w najmniejszym stopniu nikomu, happy endem. 
disney ariel the little mermaid little mermaid

I tutaj zakochanej parze dużo brakuje do modelu standardowego. Wystarczy wspomnieć, że jedną ze stron jest syrena o wdzięcznym imieniu Ariel (teraz przywodzącym na myśl skojarzenia proszku do prania). Zakochana po płetwę w czarującym przedstawicielu lądowego świata oraz wiedziona młodzieńczym buntem (taki wiek) postanawia opuścić na zawsze podmorskie królestwo swojego ojca, Trytona. W tym celu gotowa jest podjąć każdą, nawet najbardziej karkołomną decyzję.

I ta produkcja również zachwyca piękną, inspirowaną baśnią Andersena historią. A gdy jeszcze do tego na ekranie pojawia się okrutnie zła, choć równie intrygująca postać, to podążanie za bajkową akcją staje się prawdziwą przyjemnością. 
Podróż z podmorskiego do lądowego świata staje się jeszcze przyjemniejsza dzięki wspaniałym piosenkom śpiewanym już nie przez porcelany imbryk i filiżanki, ale wszystko, co tylko ma na to ochotę. 

Książniczka

Wakacyjne plany czytelnicze

18:42

W ostatnim czasie w  książkowej blogsferze dosłownie zaroiło się od list z książkami na wakacje. W takich właśnie postach Kasia B., Marysia C. czy też Pelagia A. piszą o swoich planach na poszerzanie czytelniczych horyzontów. Prezentują wykaz pozycji, od których liczby może zakręcić się w głowie, ustalają plan minimum, maksimum, ogłaszają wszem i wobec swój udział w wyzwaniach, które je niezmiernie cieszą, mnie zaś tylko przerażają.
A co pisze w tym czasie Kania Frania? Nic. Bo czytelniczy plan Kani Frani na wakacje nosi wdzięczny tytuł: "Brak planu". Jak zawsze. Dlatego już dzisiaj wiem, że to, co już przeczytałam i jeszcze przeczytam jest niemal tylko i wyłącznie sprawą ślepego losu. I jak na razie wydaje mi się, iż ta metoda działa całkiem nieźle. 

Istnieje jednak grupa książek, z którymi chętnie zaznajomiłabym się w ten miły, letni czas. Bo czy istnieje lepszy moment na odrabianie czytelniczych (tak po prawdzie, to każdych) zaległości niż wakacje? Chyba nie. 
Zatem, nie przedłużając, oto one. Książki, które chętnie bym przeczytała, które być może w najbliższych dniach czy tygodniach wpadną w moje ręce, ale z przyczyn ode mnie niezależnych, może stać się zupełnie odwrotnie. 

"Małe życie" 

Mówią, że nie można oceniać książki po okładce, ale w przypadku "Małego życia" naprawdę trudno pozostać wiernym tejże zasadzie. Fabuła także zapowiada się obiecująco.W tej powieści jest coś intrygującego i czuję, że powoli przyciąga mnie jak magnes. A to uczucie staje się tym silniejsze, im więcej widzę recenzji i opinii. 

"Poradnik pozytywnego myślenia"

To książka z serii "Zawsze chciałam przeczytać, ale jakoś mi nie było po drodze". Tym razem się jednak nie wymknie. W chwili, gdy piszę te słowa leży spokojnie na blacie mojego biurka i czeka na swój moment. Optymizmu nigdy za wiele, pozytywne myślenie czyni cuda, więc liczę na to, że czegoś się z tej powieści nauczę.

"Przypadek Adolfa H."

Zastanawialiście się kiedyś, co by się stało, gdyby Adolf Hitler został jednak przyjęty do szkoły artystycznej? Jak teraz wyglądałby świat? Jak potoczyłoby się nie tylko jego życie, ale też życia milionów ludzi ze wszystkich zakątków globu? Czy nazwisko Hitlera znajdowalibyśmy teraz jedynie w podręcznikach do historii sztuki i albumach z dziełami dwudziestowiecznych artystów? Czy pisalibyśmy o nim wypracowania w szkole jako wybitnym przedstawicielu ubiegłego stulecia? E.-E. Schmitt, autor absolutnie wspaniałego "Oskara i Pani Róży" usiłuje odnaleźć odpowiedź na to pytanie. I tej właśnie odpowiedzi jestem niezmiernie ciekawa.

"Wojna i pokój"

A oto lektura, przez którą zamierzam z powodzeniem przebrnąć (nazwałabym ją książką większego kalibru) w ramach poznawania arcydzieł światowej literatury. Wcześniej czy później i tak przyszedłby na nią czas, więc może zdecyduję się na tę pierwszą opcję?

"Tove Jansson: Mama Muminków"

Kto nie zna Muminków, ten chyba nigdy nie był dzieckiem. Jako wielka fanka tych bajkowych postaci wpadłam na trop bardzo interesującej biografii, opowiadającej właśnie o Tove Jansson. Wymyślić takie Muminki to przecież nie byle co! Wystarczy tylko o wspomnieć, że królują w wyobraźni dzieci z całego świata nieprzerwanie od wielu dziesięcioleci...

Książniczka

Cień geniuszu. Recenzja "Cienia wiatru" C.R. Zafona

09:17

Barcelona. Pierwsze lata po wojnie. Ponure uliczki przesycone zapachem głodu, śmierci i strachu. Smutni, zagubieni w labiryncie miasta ludzie, snujący się po nim niczym swoje własne cienie. A wśród nich tajemniczy człowiek z twarzą poparzoną do tego stopnia, że wydaje się wcale jej nie mieć. Człowiek bez powiek i warg. Człowiek bez uśmiechu, wionący zapachem spopielonych książek.

Kiedy Daniel Sempere, przywiedziony przez swego ojca do Cmentarza Zapomnianych Książek, wśród setek zakurzonych woluminów dostrzega "Cień wiatru" zupełnie nieznanego pisarza, Juliana Caraxa, nie wie jeszcze, że tym samym rozpoczyna najniebezpieczniejszą przygodę życia. Odtąd jego losy nieodwracalnie splatają się z losami zagubionego w wirze historii twórcy. Daniel, zafascynowany twórczością Caraxa, postanawia poznać jego historię, zgłębić każdy pozostawiony ślad. Powoli zbliża się do rozwikłania zagadki życia pisarza, rzucając światło na cień mrocznej tajemnicy.

"Cień wiatru" to historia, która urzeka od pierwszych stron czymś, co wielu próbowało nazwać, ale dotąd nikomu się to nie udało. To jest właśnie to "coś", co sprawia, że książka zaczyna wykraczać poza rzeczywistość znaną i łatwą do sprecyzowania, staje się arcydziełem. Czytelnik z łatwością może to poczuć już od pierwszej strony, zagłębiając się w świat wykreowany z wielką starannością, a mimo to doprawiony sporą dozą magii i spowity tajemnicą. Żadne słowo w tej książce nie jest zbyteczne, w żadnym miejscu nie odnosi się wrażenia, że czegoś brakuje. Wszystko dzieje się wtedy, kiedy dziać się powinno, właściwi ludzie porozstawiani są na swoich miejscach, misternie utkana siateczka zaskakujących powiązań zadziwia swoją autentycznie trudną do rozszyfrowania budową. Krok po kroku czytelnik zdobywa nowe informacje, by w końcu odkryć, że tak naprawdę żył z daleka od prawdy, był mamiony jedynie marami przeszłości, nękany niejasnymi przeczuciami, którym łatwo dał się zwieść. Podczas lektury "Cienia wiatru" nie ma miejsca na rozczarowania. Powieść nie ma momentów słabszych i gorszych. Po prostu jest całością, cieniem ideału i doskonałości. Od początku do samego końca.
Sekret wart jest tyle, ile warci są ludzie, przed którymi powinniśmy go strzec.
"Cień wiatru" pozwala zanurzyć się w atmosferę Barcelony pierwszych lat po wojnie. Poznać szarość barcelońskiego dnia, smutek zawiedzionych nadziei i rozpacz utraconych chwil, ale także ogień namiętności. Nie sposób oderwać się od historii, która pochłania człowieka niemal momentalnie. Poznawanie tego świata tak przepełnionego nieszczęściem i przygniecionego ogromem ludzkich tragedii, a jednocześnie tak urzekającego i budzącego ciekawość, staje się prawdziwą ucztą dla duszy. Czytelnik delektuje się gorzkim smakiem przedstawionej w "Cieniu wiatru" rzeczywistości, powoli zostaje zalewany przez setki różnych uczuć. I choć w czasie lektury przy niegasnącym podekscytowaniu przeważa dojmujący smutek czy nawet przerażenie, to zdarzają się momenty, w których nie sposób nie roześmiać się w głos. "Cień wiatru" to po prostu zachwycająca, a przy tym niezwykle intensywna podróż po przedziwnych kolejach ludzkiego losu.
Czytać to bardziej żyć, to żyć intensywniej.
Autor jest absolutnym mistrzem w swojej dziedzinie. Bawi się słowem, maluje swój świat nieznanymi barwami. Jego język przetykany jest wieloma porównaniami, poetyckimi metaforami, które w innych okolicznościach irytują, tutaj nadają powieści właściwego kolorytu. Świat Zafona przypomina zbiór pięknych, starych fotografii, luźno spiętych ze sobą obrazów, kryjących w sobie czarodziejską moc.

"Cień wiatru" to książka, która zachwyca. Dzieło, którego nie zapomina się mimo upływu lat. Bo trudno wymazać z pamięci nieprzeciętnych postaci, ich charakterów odmalowanych z taką dokładnością, ich kalekich serc i dusz, kryjących w sobie wiele tajemnic. Trudno zapomnieć także tak znakomicie skonstruowanej fabuły, w której losy różnych ludzi- dobrych, złych, naiwnych, pogubionych, mściwych, kochających, szalonych, genialnych- łączą się w jedną całość. 
"Cień wiatru" wiedzie nas przed szlak miłości przeklętej, nieszczęśliwej, niewolnej od słabości, całkowicie niedoskonałej. Miłości, która zatruwa serca, łamie życia, budzi wielkie namiętności. Ale przede wszystkim opowiada o czymś, czego nie da się wyrazić słowami. O czymś, co trwa i pozostaje, gdy kończą się wszystkie historie. O czymś, co jest tylko cieniem.
Istniejemy póki ktoś o nas pamięta.

Kidd

Miłość pachnąca miodem. Recenzja "Sekretnego życia pszczół" Sue Monk Kidd

18:11

Kto z nas nie marzył o swoim idealnym miejscu na ziemi? Miejscu, w którym niepodzielnie panuje miłość, dobroć i pokój? Gdzie wszyscy są sobie bardzo bliscy, wspierają się w trudnych momentach życia i podają pomocną dłoń, gdy nie mamy już sił dłużej iść przed siebie? Kto nie rozmyślał o domu, dodającym odwagi, leczącym wszystkie duchowe zranienia, uczącym wiecznej pogody ducha? Takie właśnie miejsce wykreowała Sue Monk Kidd, obdarzając tym samym dużą dawką pozytywnej energii nie tylko główną bohaterkę książki, ale także jej czytelników.

Lily Owens żyje na plantacji brzoskwiń wraz ze swoim ojcem-tyranem, stosującym metody wychowawcze rodem ze średniowiecza oraz ukochaną służącą, Rosaleen, od wielu lat zastępującą jej matkę. Pewnego dnia, pod wpływem silnych emocji,narastającego poczucia winy i niezrozumienia, dziewczyna postanawia uciec z domu, by poszukać prawdy o przeszłości swojej rodziny. Wykorzystując wskazówkę znalezioną na odwrocie tajemniczego obrazka z Czarną Madonną, udaje się do Tiburtonu, gdzie znajduje schronienie w domu trzech, sprawiających wrażenie niezrównoważonych psychicznie, sióstr, zajmujących się prowadzeniem pasieki. Pod opiekuńczymi skrzydłami kobiet dziewczynka odzyskuje pewność siebie i zyskuje poczucie własnej wartości.

"Sekretne życie pszczół" to książka, którą czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Powieść zabiera nas do Karoliny Południowej i pozwala poczuć klimat amerykańskiej prowincji. Lektura tej książki to takie krótkie wakacje wśród pszczół, beztroska pachnąca miodem, sielanka... Która nieoczekiwanie okazuje się złudzeniem. Początkowo czytelnik ma wrażenie, że nic nie jest w stanie go w tej książce zadziwić, że jest to jedna z tych typowych, amerykańskich powieści pisanych "ku pokrzepieniu serc". A jednak! Powieść ta zadziwia niemal na każdym kroku. Kiedy wydaje się, że w książce za wiele jest optymizmu, a poziom słodyczy staje się nie do zniesienia, stajemy się świadkami nieoczekiwanych okoliczności. Po przeżyciu beztroskich chwil szczęścia, musimy stawić czoła osobistym tragediom. Zmierzyć się z trudnymi decyzjami innych oraz prawdą. Prawdą o tych, na których zależy nam najbardziej.

Szczególną cechą świata jest to, że kręci się dalej bez względu na to, jakie spotykają nas nieszczęścia.

To, co zachwyca w tej książce to postacie. Bohaterowie tak cudownie różni i barwni, szaleni, źli, dobrzy, pogubieni... A wszyscy wpisani w bieżącą sytuację polityczną w kraju (prawa wyborcze wywalczone przez Murzynów), która na swój sposób kieruje ich losami. Największą sympatię budzą oczywiście trzy czarnoskóre siostry, z których każda tak znacząco różni się od drugiej. Ale to, co je łączy to wielka miłość, przezwyciężająca każdą przeszkodę. Kobietom udało się stworzyć miejsce idealne, w którym żyją w zgodzie z naturą, niemal według tych samych zasad, jakimi kierują się pszczoły. Tytuł nabiera metaforycznego znaczenia. W tym przypadku pszczołami wcale nie są zwierzęta, ale wspólnota kobiet, otaczająca się nawzajem troską i ciepłem, żyjąca i pracująca razem, wspólnie dzieląca chwile radości i smutku.

Czy wiesz, że w jednym z eskimoskich języków są trzydzieści dwa słowa oznaczające miłość?- powiedziała August. - A my mamy tylko to jedno. Jesteśmy tacy ograniczeni.
Pszczoły Miodne, Pszczoły, Gałąź, Pszczeli Rój, Owadów
Najpiękniejsze jest jednak krzepiące przesłanie "Sekretnego życia pszczół". To niezwykle pocieszająca książka o sile miłości i sekretnej mocy kobiet. Naprawdę znakomita na wszystkie momenty zwątpienia, chwile, kiedy nam jest ciężko, a świat wydaje się taki zły. Powieść porusza niezwykle ważne tematy dorastania, poszukiwania własnej tożsamości, ale również godzenia się z przeszłością, która tak bardzo nas rani. "Sekretne życie pszczół" uczy wiary i nadziei na lepsze jutro bez względu na wszystko. Mówi, że zmiana jest zawsze możliwa, a każdą ranę zaleczyć można miłością... i odrobiną miodu. Miód jest przecież dobry na wszystko.


Książniczka

Gorzkie powroty w "Idź, postaw wartownika" Harper Lee

18:00

Odkąd tylko "Idź, postaw wartownika" zagościło na półkach księgarni, byłam pewna, że przeczytanie tej pozycji jest tylko kwestią czasu. Nie mogło być inaczej. Ja- absolutnie zachwycona "Zabić drozda", czyli moim zdaniem wybitną, niezwykłą książką, pretendującą do miana arcydzieła, postanowiłam powrócić do Maycomb, z którym czułam się w pewien sposób związana i, które swojego czasu dostarczyło mi tylu uniesień i wzruszeń.

Jak się okazało, nie tylko ja powracałam do Maycomb. Do swojego rodzinnego miasta z dalekiego Nowego Yorku nadciągała także Jean Louise, którą ze znanym nam z "Zabić drozda" Skautem łączy tylko godny pozazdroszczenia talent do wpadania w tarapaty oraz odrobina szaleństwa, na prowincji nie zawsze znajdująca zrozumienie. Młoda, dorastająca kobieta powraca do domu z wielkiego miasta, ale tam nic już nie jest takie samo. Stary dom został sprzedany, ojciec zmaga się z ciężką chorobę, która z silnego, niezłomnego, krzepkiego człowieka uczyniła go zniedołężniałym staruszkiem, Henry z towarzysza zabaw wyrósł na obiecującego prawnika i liczy na to, że ich przyjaźń wkrótce uda mu się przekuć w coś więcej. Ale, co najważniejsze, w małym, prowincjonalnym Maycomb wieje wiatr wielkich zmian. W Ameryce Murzyni ubiegają się o prawa obywatelskie, prężnie działają organizacje walczące o godność czarnoskórych, ruch staje się coraz silniejszy i zyskuje liczbę nowych zwolenników na Północy. Ale mieszkańcy Południa nie potrafią się z tym pogodzić, boją się o swoją pozycję, zamykają się w schematach, stereotypach, przyzwyczajeniach... Rośnie napięcie między obiema stronami- to widać na pierwszy rzut oka. Rozgrywa się przecież ostateczne starcie, które zadecyduje o przyszłości nie tylko Alabamy, ale także całych Stanów Zjednoczonych.
Uprzedzenie- to brudne słowo- oraz wiara- słowo jakże czyste- mają ze sobą coś wspólnego: zaczynają się tam, gdzie kończy się rozum.
"Idź, postaw wartownika" to książka o gorzkich, rozczarowujących powrotach. To także opowieść o konfrontacji przeszłości z teraźniejszością. Główna bohaterka wciąż poszukuje prawdy o sobie i swoich bliskich. Poszukuje także autorytetu, drogowskazu, wskazówki, zgodnie z którą mogłaby zacząć żyć. Tak, jak Jean Louise, każdy z nas, wkraczając w dorosłość musi zmierzyć się z tym, co było, by otworzyć nową kartę swojego życia. Coś, co niegdyś wydawało się Idyllą, mistyczne miejsce dzieciństwa w końcu przestaje istnieć. Nie ma już powrotu do tego, co przeminęło- pozostają tylko wspomnienia.
Wyspą każdego człowieka, Jean Louise, jego wartownikiem, jest sumienie.
 Harper Lee w swojej powieści rozprawia się także z tym, co w nas najgorsze. Z naszym ograniczeniem, zakotwiczeniem w głupocie, egoizmie, nieumiejętności dostrzeżenia innych ludzi, gdy w grę wchodzą nasze interesy. Uprzedzenie to to, co nami steruje, wiąże nam ręce, sieje niepokój. My, ludzie, jesteśmy spętani naszymi uprzedzeniami, które często nie posiadają żadnego uzasadnienia. Budujemy mury ot tak, bez powodu. A nader wszystko boimy się zmian, nawet jeśli są one konieczne.

Niewątpliwie, "Idź, postaw ratownika" porusza tematy ważne. Całkiem dużo znajdziemy w niej o dojrzewaniu, dorastaniu, młodzieńczej miłości czy relacjach ojca z córką. Mnie jednak powieść ta rozczarowała. I to na dwa sposoby. Tak, jak Jean Louise, rozczarowało mnie to, co zastałam w mieście, rozczarowali mnie jej bliscy: Henry czy Atticus, który w "Zabić drozda" urósł do rangi bohatera, herosa, boga... "Idź, postaw wartownika" ściągnęło mnie na ziemię. Nie ma Arkadii, nie ma ludzi idealnych, nie ma miłości, z której nie dałoby się zrezygnować. Kolejne rozczarowanie przyniosła mi sama budowa powieści. Całość okazała się niezbyt przemyślana, nazwałabym tę książkę raczej przemielonym miszmaszem. Trochę o prawach czarnoskórych, trochę o miłości, trochę o rodzinie... Wszystko i nic. Wszystkiego za dużo. Za dużo wspomnień. Czasami chciałoby się, żeby książka zaczęła wreszcie żyć własnym życiem, ale ona umiera zanim rozwija skrzydła.

Mimo wszystko, zachęcam do lektury wszystkich wiernych czytelników "Zabić drozda", którzy chcieliby powrócić do Maycomb i nie boją się rozczarowań.

LBA

LBA- kolejny odcinek

08:49


 Sama nie wiem, który to już raz podchodzę do LBA, nie potrafię sobie jednak przypomnieć, kiedy byłam nominowana po raz ostatni. Czyżby rzeczywiście osiem miesięcy temu? Nominacja cieszy za każdym razem (chyba że terminy gonią, blog zarasta krzaczorami, a ty przechodzisz załamanie nerwowe, bo zdajesz sobie sprawę, że w tym tygodniu z recenzji znowu nici- znam to z autopsji). Na szczęście nie jestem w tej sytuacji i ze spokojnym sercem odpowiem dziś na kolejny zestawik pytań, tym razem od Kasi (w blogsferze znanej jako Katherine Herondale).

  1.  Po jaki gatunek literacki najchętniej sięgasz?  
    Cóż, naprawdę trudno odpowiedzieć mi na to pytanie. Tak samo zresztą, jak na: "Jaka jest Twoja ulubiona powieść?". Książki, które czytam nie są wcale gatunkowo jednorodne (co można zauważyć, patrząc na spis moich blogowych recenzji). Myślę, że gatunki nie powinny ograniczać czytelnika i, że w każdej odmianie znajdziemy dzieła bardzo dobre czy też wybitne. Mogę za to z łatwością powiedzieć po jakie powieści sięgam NAJCZĘŚCIEJ. Są to przeważnie obyczajówki, lubię także książki z historycznym tłem, biografie. Ale to wcale nie znaczy, że pogardzę dobrym kryminałem, reportażem czy młodzieżówką. Na dalekiej drodze do "zaprzyjaźnienia" jestem za to z takimi gatunkami, jak New Adult czy Young Adult, ale wynika to chyba z ich nieznajomości.
    Stos Książek, Vintage Books, Książka, Książek, Stary
  2.  Czym kierujesz się przy wyborze książki - okładką, tytułem, opisem z tyłu, czy może jeszcze czymś innym?
    Wszystkim po trochu. Ciekawa, intrygująca okładka na pewno zachęca. Tak samo nieoczywisty tytuł. Potem odruchowo zerkam na tył i czytam opis (choć czasem łatwo się na nim przejechać), oczywiście zwracam uwagę także na zamieszczone tam rekomendacje pochodzące z poważanych, zagranicznych i polskich gazet oraz opinie znanych mi autorytetów. Zazwyczaj korzystam także z metody na chybił trafił. To znaczy otwieram powieść na przypadkowej stronie i po prostu czytam, próbuję, smakuję...
  3. Co uważasz za największe ograniczenie ludzi?
    Uważam, że największe ograniczenia ludzkość nakłada na siebie sama, posługując się stereotypami i nie będąc w stanie wyrwać się z określonego modelu myślenia. To my tworzymy swoje ograniczenia. To my budujemy ściany, mosty, bariery nie do przebycia... Dlatego cieszę się, że niektórzy ludzie są na tyle odważni, by je pokonywać.
  4.  Czy masz bohatera literackiego, który zainspirował Cię do jakiejś zmiany?
    Raczej nie przypominam sobie konkretnego, ale nie ulega wątpliwości, że książki, które czytamy, inspirują nas i motywują do działania. Oraz oczywiście podwyższają naszą świadomość pewnych spraw.
  5. Masz ulubioną książkową parę?
    Mistrz i Małgorzata. Zdecydowanie.
  6.  Wolisz trylogie i serie, czy powieści jednotomowe?
    Raczej jestem zwolenniczką powieści jednotomowych. Są "bezpieczne", ponieważ nie prowadzą do rozczarowań. Nie wiem dlaczego, ale kontynuacje zwykle są dużo słabsze od pierwszej części, a niektóre można nawet nazwać zupełnym niewypałem. Choć nie ukrywam, mam jedną serię, której pozostaję wierna mimo upływu lat- Jeżycjadę Małgorzaty Musierowicz. W tym przypadku jestem nawet w stanie znieść wszelkie niedoskonałości kolejnych kontynuacji.
  7. Czy wiesz już, co będziesz robić w przyszłości? Wiążesz ją w jakiś sposób z pisaniem/literaturą?Nie mam pojęcia, co mnie czeka w przyszłości. Literatura jako sposób na życie? Zobaczymy.Maszyna Do Pisania, Książka, Notatnik, Papieru, Piśmie
  8.  Jesteś w stanie czytać kilka książek jednocześnie, czy zaczynasz czytać kolejną po skończeniu pierwszej?
    Oczywiście, bardzo często czytam kilka książek naraz, choć niekiedy metoda ta okazuje się zgubna. Zwłaszcza kiedy tematy obu dzieł są do siebie zbliżone. Wtedy niezwykle łatwo pomieszać wątki.
  9. Nie przeszkadza Ci sięgnięcie po książkę po obejrzeniu jej ekranizacji? Często tak robisz?
    Jestem jedną z nielicznych osób, u których obejrzenie ekranizacji przed lekturą książki w niczym absolutnie nie przeszkadza. Miałam nawet sytuację, kiedy okazało się to niezwykle pomocne, ponieważ znając z filmu zarys fabuły nie zniechęciłam się po przeczytaniu pierwszych kart powieści ("Atlas chmur").
  10. Lubisz poezję? Masz ulubiony wiersz albo autora?Uwielbiam poezję. Wymienianie ulubionych utworów zajęłoby zdecydowanie za dużo miejsca, dlatego ograniczę się do kilku twórców. Szymborska, Poświatowska, Norwid, Herbert, Staff,  Różewicz... Róża, Książki, Poezja, Biały, Różowy, Przetargu
  11. Oglądasz jakieś seriale?Niestety, seriale raczej nie są dla mnie...

A teraz pora na moje pytania:

1. Jakie są Twoje czytelnicze plany na wakacje?
2. Jakie jest Twoje ostatnie literackie rozczarowanie?
3. Ebooki czy książki w wersji papierowej?
4. Gdybyś mogła wyjechać w miejsce akcji którejś ze swoich ulubionych książek, dokąd byś się wybrała?
5. Na jaką premierę filmową czekasz z niecierpliwością?
6. W przyszłości widzisz siebie jako...
7. Pięć marzeń, które bardzo, ale to bardzo chciałabyś spełnić.
8. Morze czy góry?
9. Co najbardziej lubisz w blogowaniu?
10. Jakie masz plany, marzenia, aspiracje związane z prowadzeniem bloga?
11. Czy przeczytałaś kiedyś książkę, która diametralnie zmieniła Twoje spojrzenie na pewne kwestie?

Nominuję:
http://mysli-zaczytanej.blogspot.com/
http://nieuleczalnyksiazkoholizm.blogspot.com/
http://bookocholic.blogspot.com/
http://booksofmeworld.blogspot.com/
http://miedzysklejonymikartkami.blogspot.com/




Książniczka

Mozaika ludzkich dusz w "Atlasie chmur" Davida Mitchella

17:28

Sześć różnych, starannie utkanych historii osadzonych w całkowicie odmiennych realiach. Sześciu niezwykłych bohaterów rzuconych na głęboką wodę czasów, w jakich przyszło im żyć. Sześć na pierwszy rzut oka niepowiązanych ze sobą wątków, które jednak łączy nieuchwytna, do końca nieodgadniona więź. Taki jest właśnie "Atlas chmur" Davida Mitchella- książka, która intryguje i przywiązuje do siebie czytelnika na wiele długich godzin. Książka, w której drzemie wielka tajemnica, która wcale nie kończy się wraz z ostatnią stroną, ale trwa w nieskończoność.

"Atlas chmur" to niewątpliwie najbardziej nietypowa i wymykająca się wszelkiej kwalifikacji powieść, jaką przeczytałam w ostatnim czasie. Wzbudza ciekawość już podczas analizy spisu treści. No bo w jakiej "normalnej" książce rozdziały porozrzucane się według starannie przemyślanego szablonu (który w wersji numerycznej prezentuje się mniej więcej tak: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 5, 4, 3, 2, 1)? Która książka zaczyna się przerwaną wpół historią, której zakończenia czytelnik dowie się dopiero pod koniec lektury? Ta właśnie nieszablonowość w planie powieści automatycznie popycha do działania, staje się impulsem do otworzenia książki i zgłębienia się w jej świat. O, pardon! Światy.

No więc otwieramy książkę i... mamy ochotę czym prędzej ją zamknąć. Przynajmniej ja tak miałam. Po przeczytaniu pierwszej strony byłam pewna, że to nie dla mnie, że "Atlas chmur" mnie przerasta. Dlaczego? Ponieważ w pierwszym rozdziale króluje inwersja. Inwersja tak nieznośna, uciążliwa, choć zarazem piękna, że zanim dochodziłam do końca zdania, zapominałam, o czym w nim była mowa. A na domiar złego każde wypowiedzenie naszpikowane było ciężkostrawnymi archaizmami rodem z XIX wieku. W moim przypadku musiało przeminąć 50 stron, by męka przedzierania się przez następne karty powieści nabrała uroku, a piękno zostało dostrzeżone przez umęczony umysł. Od tej chwili za nic w świecie nie byłabym w stanie odłożyć "Atlasu chmur". Szczerze mówiąc, dla niego byłabym gotowa zrezygnować z edukacji, która stała się istotną przeszkodą w odbywaniu podróży w czasie i przestrzeni.

Fabuła, oto klucz do udanej powieści. A co jeśli nie ma jednej spójnej historii, jednego związku przyczynowo-skutkowego, toczącego się od punktu A do Y? Wtedy możemy być pewni, że czytamy "Atlas chmur". Po początkowej lekturze Dziennika Pacyficznego niejakiego Adama Ewinga, przemierzającego bezkresny Ocean, przenosimy się do Belgii okresu międzywojennego, gdzie utalentowany i nie mniej świadomy swych zdolności, Robert Frobisher podejmuje próbę szybkiego wzbogacenia się. Następnie poznajemy historię młodej, ambitnej dziennikarki z Buenas Yerbas, która w latach 60. wpada na trop inwestycji, godzącej w bezpieczeństwo mieszkańców miasta. Potem nasza podróż prowadzi przez początek XXI wieku, czas państwa Korporacji i okres po upadku cywilizacji, by znów cofnąć się do punktu wyjścia. Adama Ewinga i jego powrotu do domu.

To niesamowite, jak autor "Atlasu chmur" potrafi bawić się formą, mieszać gatunki (książka nie jest pod tym względem spójna), stylami literackimi, takimi jak powieść epistolarna, dziennik czy klasyczne opowiadanie. Książka jest także mieszanką różnych nastrojów: przejmującego smutku, emanującego z historii Frobishera, dreszczyku emocji w wątku Luisy Rey czy nieopanowanej wesołości, towarzyszącej humorystycznej wstawce Cavendisha. To, co jednak wzbudza największy podziw, to język. Barwny i w pełni dostosowany do przedstawianych realiów. 

Dusze przemierzają wieki, jak chmury przemierzają niebo i choć kształt chmury, ani barwa, ani wielkość nigdy takie same nie zostają, ciągle pozostaje chmurą.
Choć podróż wiedzie przez różne epoki, nasi bohaterowie słyszą nawzajem swoje głosy. W pewnych momentach swojego życia napotykają na swoje ślady, strzępki przeżyć i poczynań, bardzo odległe echa zamierzchłych czasów. Myślę, że w tym właśnie drzemie sens całej powieści. Choć nasze losy przeplatają się, toczą w zupełnie różnych realiach, czasach, miejscach świata, to poprzez swoje życie mamy wpływ na byt innych. To, co robimy dziś- jutro, za tydzień czy za sto lat może odmienić rzeczywistość kogoś innego w mniej lub bardziej oczywisty sposób. "Atlas chmur" jednak nie jest książką jednej właściwej interpretacji. Pozostawia czytelnikowi pełną swobodę, niczego nie wyjaśnia i niczego nie dopowiada.

Kolejna wojna zawsze się zbliża, Robercie. Nikt ich nigdy do końca nie gasi. A co jest iskrą, od której wybucha? Żądza władzy, centralna siła natury ludzkiej.
"Atlas chmur" to także ponura refleksja nad naturą człowieka. Pełno w niej postaci zdominowanych przez żądzę zysku, chorobliwie zachłannych i ponad wszystko pragnących władzy. Dokąd prowadzi droga ludzkości, która w imię posiadania i rządzenia jest gotowa odrzucić wszelkie wartości i idee. Powieść udziela nam odpowiedzi. Do państwa, w którym wartością duszy jest dolar, a potem... do Wielkiego Upadku, po którym spodlona ludzkość nie jest już w stanie osiągnąć poprzedniego stanu rzeczy.

Dla mnie jednak książka Davida Mitchella to przede wszystkim orędzie nadziei. Autor przedstawia alternatywny bieg historii, ale swoją opowieść kończy w punkcie wyjścia. My, ludzie, wszystko jeszcze możemy zmienić. Musimy tylko zawzięcie i z poświęceniem walczyć o dobro, prawdę i piękno, jak to robią bohaterowie "Atlasu chmur".

I dopiero, gdy wydasz śmiertelne tchnienie, pojmiesz, że żywot twój więcej nie znaczył niźli kropla w nieskończonym oceanie! Lecz czymże jest każdy ocean jeśli nie morzem kropel?

DecoMorreno

DecoMorreno, czyli dlaczego w internecie zapachniało kakao?

20:43

Szczerze powiedziawszy, nie pamiętam, by w ostatnich latach wokół jakiejkolwiek książki zrobił się taki medialny szum, jak wokół "Najwyższej jakości" autorstwa powszechnie cenionego, hiszpańskiego pisarza Cacao DecoMorreno. Trudno wyzbyć się wrażenia, że jest ona po prostu wszechobecna. Wszędzie jej pełno- na Lubimy Czytać, Facebooku, Wykopie i Instagramie. Wystarczy wspomnieć, że dobrze znane nazwisko autora stało się w ostatnim czasie najczęstszą poszukiwaną frazą na literę "d" wyszukiwarki Google. Bez dwóch zdań powieść okazała się czytelniczym objawieniem 2016 roku i z pewnością pozostanie w pamięci szerokiego grona czytelników na wiele długich lat.

Nie czytaliście jeszcze tej pozycji, ale nazwisko autora brzmi dziwnie znajomo? Otwórzcie jedną z kuchennych szafek, a całkiem możliwe, że zobaczycie to:
Choć naprawdę trudno w to uwierzyć w całym zamieszaniu chodzi o... kakao. To wszystko podsumować można właściwie jednym jedynym słowem. Internet. To dzięki niemu (czy też, jeśli ktoś woli, przez niego) taki trolling jest możliwy. "Najwyższa jakość", wydana nakładem wydawnictwa Extra Ciemne, ma już nawet swoją stronę na Lubimy Czytać (o dziwo książka doczekała się sporej liczby recenzji i ocen). 
Ale karuzela kakaowej pomysłowości wcale się na tym nie kończy. "Egzemplarze powieści" są już dostępne na dziale książkowym sklepu Piotr i Paweł.

A wszystko zaczęło się całkiem niewinnie od facebookowego posta internautki, która zauważyła podobieństwo opakowania popularnego kakao do okładki książki. Spostrzeżenie podchwycili inni i proszę. Kakao stało się prawdziwym hitem internetu i jedną z najlepiej ocenianych książek LC. Jak widać, powieści wcale nie trzeba pisać... ;)

Po tym chyba już nic nie jest w stanie mnie zdziwić.

Książniczka

Wyżyny osobliwości, czyli o "Sklepach cynamonowych" Bruna Schulza

19:48

Adela wracała w świetliste poranki, jak Pamona z ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca (...); a obok tej czystej poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i meduzy- surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nieuformowanym i jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym. 
 I tym, jakże obiecującym fragmentem Schulzowej prozy (prozy?!) chciałabym zacząć moją recenzję "Sklepów cynamonowych", która, obawiam się tego szczerze, po raz kolejny nie będzie recenzją, a raczej zbiorem luźnych i obrzydliwie subiektywnych przemyśleń na temat tego dzieła. Pierwsze spotkanie z panem Schulzem miało miejsce w tym roku i już od pierwszej strony, ba, od pierwszego zdania wiedziałam, że czytam coś absolutnie wyjątkowego. Twórczość Bruna to właściwie zbiór słówek i wyniosłych, majestatycznych słów (patrz: "telluryczne") zestawionych ze sobą w różne, dziwne konstelacje i nieprzewidywalne zbiory. Albo się to pokocha, albo znienawidzi, ale nigdy nie pozostanie się obojętnym wobec "klawiatur żeber" czy "wodorostów jarzyn".

"Sklepy cynamonowe" to zbiór opowiadań, których akcja toczy się w małym, galicyjskim miasteczku (często jest ono utożsamiane z rodzinną miejscowością autora, czyli Drohobyczem). Narrator to młody chłopiec, który otaczającą rzeczywistość przedstawia w sposób niemal całkowicie wyzbyty realizmu. Tak, jakby wszystko wokół niego zostało poddane licznym modyfikacjom, przepuszczone przez filtr dziecięcej, niczym nieskrępowanej wyobraźni, wcielone do świata skojarzeń i niekończących się porównań. Miasteczkowa rzeczywistość zostaje pozbawiona wszelkich znamion normalności, przybierając jednocześnie kształt sennego marzenia, w którym to, co martwe ożywa, to, co szare rozprasza milionem barw, a to, co zwykłe i znane- zaczyna budzić zachwyt. Świat staje się jaskrawy, przerysowany, obraz- tak wyrazisty, że powoduje niepokój czytelnika. A wszystko to, choć z technicznego punktu widzenia pisane jest prozą, stwarza wrażenie dziwnej poetyckości. Nic dziwnego, że w języku narracji aż roi się od ożywień, personifikacji i zapierających dech w piersiach (przynajmniej moich) metafor. Proza Schulza to dobrze doprawiony kawał tekstu, który bombarduje nas milionami smaków, zapachów i, oczywiście, obrazów. To może urzec, ale może również przyprawić o zawrót głowy.

W świecie Schulza nie ma pojedynczych przykładów. Wszystko jest uniwersalne, ogólne, powszechne. Adela nie jest tylko książkową Adela, ale także NASZĄ Adelą. Ojciec jest zawsze Ojcem, bez względu na to, czy jesteśmy z nim spokrewnieni, czy też nie. A miasteczko? Miasteczko to labirynt, w którym odnajdujemy i gubimy swoje drogi. To miejsce, które kpi z naszych planów, a jednocześnie podaje nam pomocną dłoń. Nasze miasta też takie są, prawda?

To, co uderza podczas lektury "Sklepów cynamonowych" to z pewnością również wszechobecna tajemniczość. Nasz narrator nie stroni od mrocznych miejsc. Wręcz przeciwnie. Z wielką chęcią się w nie zapuszcza, bez zastanowienia wyrusza w nieznane, bada niesprawdzone przez nikogo szlaki. Wszystko, co wydaje mu się intrygujące, jak chociażby tytułowe Sklepy Cynamonowe, przyciąga go, jak magnes. Nie jest w stanie z tym walczyć.

Jak srebrne astrolabium niebo otwierało w tę noc czarodziejską mechanizm wnętrza i ukazywało w nieskończonych ewolucjach złocistą matematykę swych kół i trybów.
"Sklepy cynamonowe" to dzieło, które nie podlega żadnym kryteriom oceny. Schulz wzniósł się w nim na wyżyny osobliwości, osiągając stopień inności, z którym nigdy wcześniej się nie spotkałam. A mimo to jest w tych opowiadaniach coś elektryzującego, przyciągającego. "Sklepy cynamonowe" mają czytelnikowi wiele do zaoferowania. Są niezapomnianą podróżą w świat niepokojąco wyraźnych cieni i świecących ciemności. W zamian wymagają tylko jednego. Żeby nie próbować wszystkiego zrozumieć.