I za co te Oscary? Recenzja "La la land"

Kiedy kilka miesięcy temu wychodziłam z kina zmęczona, znudzona, rozczarowana i rozgoryczona, byłam pewna: ten film nie dostanie nawet pół Oscara. Akademia  nie dałaby bądź co bądź wciąż prestiżowej nagrody czemuś tak słabemu. Cóż, życie lubi mnie zaskakiwać. Dzień, w którym w osłupieniu wysłuchałam radiowego sprawozdania z Gali był dniem ostatecznego rozwiania się moich złudzeń na temat Oscarów.


Rekomendacje znajomych, pozytywne komentarze w sieci, wysoka ocena na Filmwebie zrobiły swoje. Także zarys filmowej fabuły wydawał się niezmiernie intrygujący. W założ
eniu miała to być historia dwójki niepoprawnych marzycieli, którzy zupełnie nie potrafią odnaleźć się w swojej rzeczywistości. Sebastian, ambitny jazzman, mający już dość grania świątecznych melodyjek w podrzędnych restauracjach oraz Mia, aspirująca aktorka bezskutecznie pędząca z jednego castingu na drugi. Poczułam, że mi, beznadziejnej romantyczce, ta produkcja po prostu MUSI się spodobać. No i jeszcze gatunek. Musical. A ja koło musicalów nie przechodzę obojętnie.

Jakże daleki był jednak ten film od tego skrawka widocznego w zwiastunach. Po pierwsze hasło, "Kochajmy marzycieli!" po obejrzeniu "La la land" zabrzmiało wyjątkowo gorzko i cynicznie. Czy nasze marzenia są warte złożenia ofiary ze szczęścia, rodziny, miłości? A może prawdziwe uczucie dziś już nie istnieje? Może pod płaszczykiem marzycielstwa głównych bohaterów od początku kryło się wyrachowanie, absolutny egocentryzm? Wiem, że na któreś z tych pytań odpowiedź musi być twierdząca. Twórcy starali się z lekkiego filmu zrobić jakiś "prawdziwy", nietendencyjny dokument na faktach autentycznych. Znam ludzi, którzy dali się na to nabrać. Ja niestety nie. Próba nobilitacji "La la land" do miana sztuki wysokiej zakończyła się niepowodzeniem. Decorum zostało naruszone.  Impetyczne zderzenie marzeń z rzeczywistością zaprzeczyło istocie tego filmu.

"La la land" miejscami był niezwykle nużący. Wiele scen było najzwyczajniej w świecie przegadanych, niepotrzebnie wydłużonych. Dialogi między parą głównych bohaterów trąciły nieprzyjemną sztucznością, takim filmowym silikonem. Gdyby twórcy wyrzucili kilka scen, myślę, że widz nie odczułby większej różnicy. Fabuła została rozwidlona na zdecydowanie za wiele wątków i wąteczków, za dużo pojawiło się też zwrotów akcji. "La la land" na dobrą sprawę nie ma jednego głównego wątku, którego trzymałby się konsekwentnie od początku do końca.

Zdecydowanie sprzeciwiam się nazywaniu tego filmu musicalem. Musical jest przecież dziełem przede wszystkim muzycznym (z niewielkimi wstawkami tekstowymi). W "La la land" rzecz przedstawiała się zgoła odwrotnie. Mało było śpiewania, o tańcu już nie wspominając, choć pierwsza scena przedstawiała się bardzo obiecująco. Irytował mnie także świszczący wokal Emmy Stone.


Ale oczywiście nie jest tak, że film jest całkowicie pozbawiony zalet. Przeczarująca wydała mi się scena wspólnego powrotu Mii i Sebastiana z przyjęcia (scena "plakatowa"). Miała w sobie to coś, tę magię, po którą przychodzimy do kina, której poszukujemy nieustannie w oglądanych produkcjach. Choć piosenek było w "La la land"  niewiele, to niemal każdą z nich mogłabym określić jako naprawdę świetną. Do dzisiaj katuję soundtrack z tego filmu, jest naprawdę fenomenalny. Poza tym, zachwycająco przedstawiała się również warstwa wizualna. Szczególnie zapamiętałam piękne, żywe kolory i kadry, które skutecznie zachęcają do odwiedzenia Los Angeles w bardzo niedalekiej przyszłości.

Naprawdę, starałam się polubić "La la land". Nie wyszło. Nie uratowali go ani Ryan Gosling, ani Emma Stone. Czegoś zabrakło, a przecież film miał naprawdę ogromny potencjał. Każdy z nas ma przecież w sobie marzyciela, który czeka tylko na spełnienie swoich pragnień. Niestety, "La la land" poddało pod wątpliwość sens marzeń w tych "okropnych" czasach, gdy pieniądze i sława znaczą najwięcej.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Za każdy, nawet najmniejszy, komentarz bardzo dziękuję. :)