Krótki przewodnik po filmach Disneya #1: "101 Dalmatyńczyków"

Całkiem niedawno wpadłam na genialny pomysł. W ramach urozmaicenia tematyki bloga postanowiłam poprzeplatać recenzje książek i filmów tekstami o czymś, o czym mogę mówić całymi godzinami i co jest mi szczególnie bliskie od najmłodszych lat. O filmach wujka Disneya. Kto nie wychował się na tych produkcjach? Kto nie uronił ani jednej łzy? Kto podczas oglądania ani razu głośno się nie roześmiał? Kto nie nucił piosenek śpiewanych przez księżniczki, rycerzy, książąt, złodziejaszków, tajemnicze stwory, potwory i masę innych postaci, które od kilkudziesięciu lat przewijają się przez kolejne filmy? Chyba nie ma takiej osoby. I właśnie dlatego produkcje Disneya są absolutnym fenomenem. Czymś, co tkwi w nas mimo upływu lat. Czymś, co bawi dziecko, nastolatka, dorosłego i staruszka. Czymś, za czym może czasem nieświadomie tęsknimy.



Kiedy zaplanowałam już cykl poświęcony Disneyowi, myślałam, że jestem szalenie oryginalna. Potem jednak rozejrzałam się trochę i... niestety, nie jestem. Jak to jest możliwe, że w tylu głowach naraz rodzą się podobne pomysły? Że spośród tylu tematów wybieramy akurat ten sam? To się chyba nazywa pokrewieństwo dusz. :) Dobrze, że nie kierował mną konformizm. Konformizm to jedna z tych rzeczy, na które mam ciężką alergię.
Początkowo cykl miał mieć formę TOP 5 albo TOP 10, ale nie wypaliło. W moim przypadku zamknięcie się w pięciu ulubionych filmach jest po prostu niemożliwe. Więc spore grono ulubieńców podzieliłam na kilka (kilkanaście?!) tur.

Ale nie przedłużając, zaczynajmy! Dziś pora na:

101 Dalmatyńczyków


Nie mam pojęcia, dlaczego zaczynam właśnie od tej "bajki". Może dlatego, że jest bardzo często pomijana we wszelkiego rodzaju zestawieniach. Nigdy jeszcze na pytanie: "Który film Disneya lubisz najbardziej?" nie otrzymałam odpowiedzi: "101 Dalmatyńczyków". Za to często słyszę, że pozycja ta specjalnie daną osobę nie interesowała, więc tak się jakoś złożyło, że nigdy nie została przez nią obejrzana. Osobiście czuję do "Dalmatyńczyków" wielką sympatię. Były czasy (bardzo zresztą zamierzchłe), kiedy wprost katowałam tę bajkę, oglądając ją niemal dzień w dzień.

Jest to jedna z tych animacji, których głównymi bohaterami są zwierzęta, choć delikatnie uczłowieczone. Wszystko zaczyna się, gdy pewien właściciel dalmatyńczyka podczas spaceru w parku poznaje piękną kobietę ("całkiem przypadkiem" posiadającą psa tej samej rasy). Jak się okazuje zarówno pupile, jak i ich właściciele szybko się w sobie zakochują i postanawiają odtąd razem kroczyć przez życie. Początkowo wszystko układa się pomyślnie. Na świat przychodzą małe dalmatyńczyki i cała rodzinka pędzi spokojne, radosne życie w domku na zacisznych przedmieściach dużego miasta. Wkrótce jednak szczenięta zostają skradzione. Odtąd cała rodzina oddaje się poszukiwaniom, a sprawa kradzieży staje się punktem wyjścia do szeregu nieoczekiwanych zdarzeń, zabawnych sytuacji i perypetii.


Pisząc o tym filmie, nie sposób nie wspomnieć o postaci, którą zna chyba każdy. Pewnej niesamowicie charakterystycznej, ekscentrycznej wielbicielce futer, bez przerwy palącej długie papierosy, czyli Cruelli de Mon. Moim zdaniem jest to jedna z najbardziej intrygujących, bajkowych antybohaterek, wcielenie wszystkich możliwych negatywnych cech (z ciężkim nałogiem włącznie). Właściwie równie dobrze ten film mógłby się nazywać "Cruella de Mon", ponieważ to ona gra w nim pierwsze skrzypce i jest duchem sprawczym zdarzeń. Choć z pewnością w większości nie budzi pozytywnych emocji (w tym przypadku jestem odmieńcem), to jednocześnie wzbudza zainteresowanie. Bez niej ten film nie byłby już tak barwny i wyjątkowy. Cruella de Mon jest przecież jedyna w swoim rodzaju i nie wiem, czy w jakiejkolwiek innej bajce powstała tak idealnie wykreowana antybohaterka.


"101 Dalmatyńczyków" to klasyczny film Disneya. Widz znajdzie w nim sporą dawkę miłości, przyjaźni, oddania i ciepła. Co prawda wymienione wartości zostaną zrównoważone przez chciwość, chęć zysku i "paskudny charakterek" Cruelli de Mon, ale koniec końców wszystko, co złe zostanie napiętnowane i pokonane. I tak niech zostanie! ;)
Czytaj dalej

Starcie bohaterów, czyli recenzja kolejnej części "Kapitana Ameryki"

Choć początkowo zupełnie się na to nie zanosiło, rok temu stałam się gorącą zwolenniczką filmów Marvela, zmieniając tym samym diametralnie swoje poprzednie stanowisko. I teraz z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeżeli ktoś twierdzi uparcie, iż produkcje te są wyjątkowo słabymi wytworami kultury niskiej, to znaczy, że jeszcze ich nie oglądał. Wbrew pozorom mają widzowi do zaoferowania całkiem sporo, a nieraz nawet znacznie więcej niż inne dzieła wpuszczane do kin, dla zadowolenia gustów szeroko pojętych mas. 
 Tak więc nie powinno nikogo dziwić, że razem z innymi ludźmi tłumnie zmierzającymi do kin ("Kapitan" już po 19 dniach okazał się kasowym hitem tego roku), postanowiłam jeszcze raz zagłębić się w świat ulubionych bohaterów. I zdecydowanie tego nie żałuję! Ten film to skuteczny sposób na miłe spędzenie wieczoru w naprawę doborowym towarzystwie. Na ekranie widzimy takie gwiazdy, jak nieprzyzwoicie przystojny Chris Evans, czarująca, aczkolwiek zaskakująco niebezpieczna Scarlett Johansson czy Robert Downey Jr., którego po prostu nie lubić się nie da. 

W filmie zostaje przedstawiona tematyka, której darmo szukać w poprzednich odsłonach. To, co wcześniej skutecznie było pomijane i zamiatane pod dywan, by nie psuć efektu, w "Kapitanie Ameryce" przedstawiono w pełnej okazałości. Czy Avengersi rzeczywiście są błogosławieństwem dla mieszkańców globu? Te pytanie właściwie napędza akcję filmu, od niego wszystko się zaczyna. Nasi bohaterowie wielokrotnie już zdołali popisać się odwagą i uratować świat..., zostawiając jednocześnie za sobą setki niewinnych ofiar. Każdej ich interwencji towarzyszyła śmierć ludzi. Bohaterowie też popełniają błędy, ale cena dla wielu okazała się zbyt duża. W końcu ONZ zaproponowało objęcie Avengers ścisłą kontrolą, by nie dopuścić do kolejnej tragedii. W razie nieprzyjęcia tej propozycji, postacie byłyby zmuszone zawiesić swoją działalność i przejść do stanu bohaterskiego niebytu. I tutaj pojawia się problem, gdyż nie każdemu rezygnacja z autonomii jest na rękę. Rozpad wśród Avengers okazuje się zatem nieunikniony, a nieoczekiwany splot okoliczności prowadzi do konfrontacji. Kapitan Ameryka i Iron Man stają po dwóch stronach barykady.

To, co przemawia za filmem to niezwykle rozbudowana fabuła, która właściwie nie ma słabych momentów (może z wyjątkiem delikatnie drażniących, ckliwych rozmówek Wandy i Visiona). Zdecydowanie zachwycają błyskotliwe, pozbawione sztuczności dialogi. Widz właściwie nie ma szansy, by się znudzić. Zwroty akcji, liczne pojedynki i nowe fakty przyprawiają o zawrót głowy. A kiedy wydaje się, że wszystko zmierza w kierunku przewidywalności, twórcy wyciągają z rękawa kolejnego asa, którym niewątpliwie jest wprowadzenie postaci Spider-Mana. I muszę przyznać, iż ten, wydawałoby się, karkołomny zabieg przynosi nieoczekiwane efekty. Atmosfera się rozluźnia, a dialogi zaczynają śmieszyć, niosąc ze sobą tę nutkę młodzieńczej świeżości. Niektórzy uważają, że Spider-Man ukradł ten film w kwadrans. Ja dałabym mu dwadzieścia minut. I już widz leży na łopatkach.

Całe mnóstwo postaci znanych już z poprzednich produkcji Marvela to także wielki plus tej produkcji. Jest tutaj Iron Mana, War Machine, Clint, Falcon i Czarna Wdowa, jak i niepozorny Ant-Man. Pojawia się także Czarna Pantera, która za sprawą swojego mrocznego, tajemniczego image'u wydaje się niezwykle intrygująca. Na ekranie gości Zimowy Żołnierz, również mający w tym filmie swoje pięć minut. Znowu staje się sprężyną wydarzeń zmierzających ku... smakowitej scenie pojedynku.
Bitwa bohaterów na płycie lotniska to niewątpliwie jedna z tych scen, dla których naprawdę warto wybrać się do kina. Zrealizowana z wielkim rozmachem i, co najważniejsze, pomysłem staje się prawdziwą ucztą dla oka widza.

Nowy "Kapitan Ameryka" jest niezwykły pod wieloma względami.
 Po pierwsze, moja wielka sympatia dla Iron Mana nieco osłabła. I choć nadal Stark był tym samym czarującym ekscentrykiem i egocentrykiem, choć nadal nie brakowało mu inteligencji i specyficznego, uszczypliwego stylu bycia oraz poczucia humoru, nadal nie mogę mu wybaczyć, że w kluczowym momencie stracił nad sobą panowanie i pod wpływem emocji rzucił się bezmyślnie na Kapitana.
Po drugie, to pierwszy film,w którym antagonista (Zemo) budzi współczucie.
Po trzecie, porusza tematykę ważną nie tylko w świecie Marvela, ale także w naszej rzeczywistości. W świecie konfliktów, wojen i zagrożeń ważne jest zachowanie rozsądku i otwartego umysłu. Czasem walcząc o lepszy świat, krzywdzimy niewinnych ludzi. Musimy o tym pamiętać i połączyć siły, by móc temu przeciwdziałać. 

A to trailer dla wszystkich, których nie udało mi się przekonać ;) :


Czytaj dalej

Czy kolor ma znaczenie? Recenzja ,,Służących" Kathryn Stockett

Jackson w stanie Missisipi. Stany Zjednoczone. Lata 60. XX wieku. Bob Dylan rozpoczyna swoją karierę. Nadchodzi prawdziwa rewolucja obyczajowa. Człowiek stawia swoją stopę na księżycu. A pewne rzeczy nadal pozostają nie do przeskoczenia... Podczas gdy gdzieś daleko Martin Luther King wygłasza swoje słynne wystąpienia, w Missisipi równość między białymi a ,,kolorowym"  nie śni się jeszcze nikomu. To byłoby przecież szaleństwo. Tak więc czarnoskórzy mają oddzielne sklepy, okienka w lodziarniach, szkoły i kościoły, a nawet są zmuszeni korzystać z oddzielnych toalet.

Aibileen od wielu lat pracuje już u białych pań jako pomoc domowa i jednocześnie opiekunka do dzieci. Kocha wszystkich swoich podopiecznych i niekiedy musi zastępować im matkę. Minnie to opryskliwa, ale budząca sympatię kobieta. Przez swój niewyparzony język wielokrotnie pożegnała się z pracą. Panienka Skeeter dopiero co wróciła ze stanowego uniwersytetu. Marzy jej się kariera pisarki, ale zamiast tego otrzymuje posadę dziennikarki w kąciku porad domowych. Te trzy niezwykle silne i odważne kobiety łączą swoje siły i zaczynają pracować nad książką o życiu pomocy domowych w stanie Missisipi. Robią to, choć wiedzą, na jak wielkie narażają się niebezpieczeństwo.

Segregacja rasowa to w literaturze amerykańskiej temat niezbyt oryginalny. Raczej bardzo oklepany, wydawałoby się dogłębnie wyeksploatowany, wałkowany i na nowo roztrząsany w hollywoodzkich (i nie tylko) produkcjach oraz napomknięty w niezliczonej wręcz ilości książek. Czołowy motyw amerykańskiej kultury, który z łatwością można ,,opchnąć'' czytelnikowi, przy okazji skłaniając go do uronienia łezki. W rezultacie powstało wiele powieści wybitnych (a taką z pewnością jest moja ulubiona: ,,Zabić drozda"), jak i prostych, dennych, ckliwych, odgrzewanych historyjek, przyprawiających grono odbiorców o literackie niestrawności. Do której grupy mogłabym zaliczyć ,,Służące" Kathryn Stockett? Zdecydowanie do pierwszej.

Muszę przyznać, że początkowo wcale nie była to przyjemna lektura. Przez pierwsze pięćdziesiąt stron męczyłam się niemiłosiernie i w żaden sposób, mimo sporej ilości dobrej woli, nie mogłam tak naprawdę zainteresować się powieścią. Po pierwsze, nie bez znaczenia był fakt, iż moje spotkanie ze ,,Służącymi" nastąpiło bezpośrednio po wyczerpującej intelektualnie, duchowo i psychicznie (ale za to niezwykle satysfakcjonującej) lekturze ,,Imienia róży". Cóż, nie ulega wątpliwości, że dystans między Włochami XIV wieku, a latami 60. wieku XX jest dość znaczny. Naprawdę odczułam ten skok cywilizacyjny i nie byłam w stanie zaaklimatyzować się w nowych warunkach. Tęskniłam za klasztorną pieczenią i winem, podczas gdy w zamian dostawałam kanapkę z masłem orzechowym i puszkę coca coli. Po drugie, niezwykle uciążliwe stało się czytanie pierwszych kliku rozdziałów zapisanych przez jedną z bohaterek powieści- Aibileen. Całe mnóstwo potocznych słówek i kolokwializmów, specyficzna (bardzo!) składnia- miejscami niezwykle skomplikowana i poważnie utrudniająca zrozumienie sensu, no i znienawidzone ,,coby", czyli wszechłącznik wypowiedzi używany w nadmiarze i porządnie działający mi na nerwy.

Potem jednak zupełnie wsiąkłam. Tę książkę czyta się naprawdę wspaniale. Atmosfera tamtych czasów została odmalowana przez panią Stockett po mistrzowsku. Wydaje mi się, że autorka dotknęła samego sedna relacji białych i ,,kolorowych". Z czego wynikało pasmo uprzedzeń i antagonizmów? Przede wszystkim z niewiedzy i, oczywiście, braku zrozumienia drugiego człowieka.  Właśnie, CZŁOWIEKA. Za bardzo skupiamy się na rozróżnianiu kolorów, by dostrzec w drugiej osobie człowieka o tych samych uczuciach, marzeniach, potrzebach i pragnieniach. 


,,Służące" to także niezwykle charakterystyczne postacie od wrednej, obłudnej Hilly, nieco zagubionej pani Leefolt, po ciepłą Aibileen i rozgadaną, bezpośrednią Minny. To również mnogość wątków. Każda z głównych bohaterek musi mierzyć się z problemami w życiu prywatnym, każda na swój sposób przeżywa sytuację w Missisipi, która wielokrotnie osobiście je dotknęła, każda jest świadkiem dramatycznych wydarzeń nierównej walki między dwoma rasami, każda w końcu postanawia przerwać milczenie i podjąć wydałoby się skazaną na przegraną próbę odmienienia własnej rzeczywistości. Każda musi coś w imię tej próby poświęcić. Pracę, rodzinę, wymarzoną miłość...
Czy nie taki był sens książki? Czy nie chodziło o to, żeby kobiety zrozumiały: ,,Jesteśmy tylko dwiema istotami ludzkimi, nie tak znowu wiele nas dzieli. Znacznie mniej niż sądziłam.
 ,,Służące" zmuszają do refleksji nad naturą człowieka, który tak bardzo skłonny jest do piętnowania wszystkich, odmiennych od niego osób. Ale niesie też za sobą nadzieję. Tyle jest przecież wokół nas ludzi życzliwych, przyjaznych, dobrych serc, które nigdy nie pogodzą się z niesprawiedliwością świata i podejmą nawet najbardziej beznadziejną próbę walki.



Czytaj dalej

Imię arcydzieła - "Imię Róży"

"Imię róży" od dawna miałam już w swoich czytelniczych planach. I, co dość powszechne, a zarazem smutne, do lektury pchnęła mnie śmierć autora powieści- Umberto Eco. Zaczęło się dużo mówić o nim i jego twórczości, jego dzieła wystawiać na witryny każdej mijanej księgarni, kadzić, wychwalać, wspominać, zachwycać się... Uznałam, że teraz nie mam wyboru i po którąś z powieści tego wybitnego intelektualisty sięgnąć muszę. Padło na "Imię róży".

Akcja powieści toczy się w XIV wieku w znamienitym opactwie benedyktynów w północnych Włoszech, do którego przybywa uczony franciszkanin, Wilhelm z Baskerville wraz ze swoim uczniem, nowicjuszem Adso z Melku. Otoczony sławą człowieka przenikliwego Anglik zostaje poproszony przez opata o rozwikłanie zagadki śmierci jednego z mnichów. Sprawę komplikuje fakt, iż za kilka dni w opactwie ma się odbyć debata teologiczna, w której wystąpią najwięksi dostojnicy kościelni pod przewodnictwem wielkiego inkwizytora, Bernarda Gui. Sytuacja jest kłopotliwa, grozi wybuchem skandalu i zniszczeniem dobrego imienia zakonu. Wkrótce jednak dochodzi do kolejnych morderstw, których trop wiedzie do zakazanej, klasztornej biblioteki.

Wiele jest elementów tej powieści, które budzą zachwyt. Mnie osobiście najbardziej urzekła atmosfera. Lektura "Imienia róży" to najprawdziwsza podróż w czasie do mrocznego, tajemniczego średniowiecza. Świat przedstawiony jest wykreowany tak realistycznie, że miejscami trudno uwierzyć, iż książka ta powstała w wieku XX. Wszystko do siebie pasuje idealnie. Teologiczne rozmowy na tematy ubóstwa, łacińskie cytaty, opasłe tomiska ksiąg zgromadzonych w bibliotece lub żmudnie przepisywanych w skryptorium, uporządkowany według godzin kanonicznych rytm życia mnichów, jak i wszechobecne, zatrważające bogobojnych pogłoski o budzących się ruchach heretyckich, deprawujących ubogą ludność. Widać w tym ogromną wiedzę i niezwykły kunszt literacki Umberto Eco. To niesamowite skonstruować świat z taką dokładnością i umożliwić czytelnikowi rzeczywiste przebywanie w klasztornym wzgórzu.

Niezwykle bogata i rozbudowana jest fabuła. Oprócz wątku kryminalnego można znaleźć w książce mnogość innych, nie wyłączając miłosnego. W centrum uwagi pozostaje jednak oczywiście sprawa tajemniczych zabójstw, wpisujących się w apokaliptyczną konwencję. Ciąg wydarzeń prowadzi do nieprzewidywalnych wniosków i zaskakującego rozwiązania. A cała sprawa toczy się w pobliżu biblioteki i "dziwnej księgi", mającej moc tysiąca skorpionów.

-A ty- zapytałem z dziecinną zuchwałością- nigdy nie popełniasz błędów?
-Często- odparł- Lecz zamiast płodzić jeden tylko, wymyślam ich wiele, tak że nie jestem niewolnikiem żadnego.
Nie sposób pisać o tej książce, nie wspominając o wspaniałych kreacjach bohaterów. Srogi, budzący grozę Bernard Gui, młody i nieco naiwny Adso, lubieżny Salwator czy ponury ślepiec, Jorge- oni wszyscy są postaciami niezwykle autentycznymi i kompletnymi. Posiadają własną, spójną tożsamość, zgodnie z którą postępują i myślą. Ale i tak najwspanialszym bohaterem jest Wilhelm. Ten przenikliwy Anglik to postać nietuzinkowa, były inkwizytor i erudyta, który w ciężkich czasach wieków średnich, nie daje sobą manipulować. W niemal każdej sytuacji kieruje się trzeźwym umysłem, chłodną, spokojną oceną sytuacji. Potrafi ludzi obserwować, dostrzegać ich wady i słabości, przewidywać kolejne kroki, demaskować hipokryzję i głupotę. Wilhelm z Baskerville to postać idealna, która od początku budzi wielki podziw dla swoich wielkich zdolności i niezwykłej metody dochodzenia prawdy.

-Co najbardziej przeraża Cię w czystości?-spytałem.
-Pośpiech.
"Imię róży" jedna z niewielu książek, w których zachwyca zarówno pomysł, jak i wykonanie. Idealnie rozegrana intryga kryminalna, choć na pierwszy rzut oka wydaje się być głównym wątkiem powieści, okazuje się jedynie pretekstem do przedstawienia  średniowiecznego klasztoru benedyktyńskiego. Czytelnik zostaje podstępem zwabiony do tajemniczych wnętrz biblioteki, w których nietrudno o pomieszanie zmysłów. Ponadto zdobywa wiedzę na tematy, o których wolałby nigdy nie usłyszeć. Dowiaduje się o niecnych postępkach heretyków, braciaszków, towarzyszy Dulcyna, za nic mających moralność i zasady świętej wiary katolickiej. Zanim się spostrzeże, znajduje się w samym środku śmiertelnej debaty teologicznej, otoczony dwoma przeciwnymi sobie obozami, spierającymi się zażarcie o ubóstwo Jezusa. W końcu, tak jak bohaterowie, zaczyna płonąć pragnieniem zdobycia księgi, która pochłonęła już kilka ludzkich istnień.

Dobrem dla księgi jest, by była czytana.
W takim razie "Imię róży" nie ma co się niepokoić. Ta księga, jestem tego pewna, będzie czytana do końca świata. 
Czytaj dalej