Powieść metafizyczna. "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego

"Traktat o łuskaniu fasoli". Już sam enigmatyczny tytuł sprawił, że zapragnęłam poświęcić powieści Wiesława Myśliwskiego dłuższą chwile. Ale oczywiście argumentów było więcej (o co najmniej dwa). Argument drugi: autor, mimo (a może właśnie dzięki) swojej uszczypliwości i skłonności do ironizowania, zrobił na mnie nader dobre wrażenie podczas spotkania z czytelnikami jesienią poprzedniego roku. Po trzecie: "Traktat o łuskaniu fasoli" został uhonorowany Nagrodą Literacką Nike. A jak wszyscy wiemy, nie każda książka zostaje w ten sposób wyróżniona. Wyraźnie zachęcona tymi  jednoznacznie sprzyjającymi przesłankami, zabrałam się do lektury. Teraz mam ochotę na więcej. Więcej łuskania.

Powieść w swojej budowie jest liczącym blisko 400 stron monologiem, gawędą poświęconą życiu pewnego anonimowego człowieka skierowaną do innego człowieka, również anonimowego. Niektóre fragmenty książki sugerują, że opowieść ta jest przeplatana wtrąceniami słuchającego, których jednak czytelnik nie zna. Może się ich wyłącznie domyślić z reakcji osoby mówiącej, wywnioskować z emocji, które wyraża ona poprzez swoje słowa. Snująca się przez wiele godzin opowieść jest historią życia opowiedzianą całkiem spontanicznie, na skutek niespodziewanego zrządzenia losu. Do drzwi głównego bohatera puka bowiem nieznany gość zainteresowany kupnem fasoli. Tak rozpoczyna się początkowo powierzchowna, zupełnie niezobowiązująca pogawędka, która wkrótce przeradza się w poważny, długi wywód. O życiu, doświadczeniu wojny, samotności, emigracji, miłości i jej braku. Kolejne karty strony zapełniają refleksje na temat ludzkiej natury, zachodzących na świecie zmian, uczuć, konfliktów, muzyki, natury, zwierząt, relacji, tematów różnych i na pierwszy rzut oka zupełnie ze sobą niezwiązanych. Narratorowi udaje się jednak uniknąć nagłych przeskoków, jego opowieść jest płynna, logiczna, spójna.
Według mnie wszystko od słów zależy. Jakie słowa, takie rzeczy, zdarzenia, myśli, wyobrażenia, sny i wszystko, nawet co na samym dnie człowieka. Byle jakie słowa, to byle jaki człowiek, byle jaki świat, byle jaki nawet Bóg.
Jeszcze nigdy, piszę to z pełną świadomością, nie spotkałam się z książką tak przesiąkniętą mądrością. Czytając, czuje się siłę ludzkiego doświadczenia, dostrzega się, że to właśnie różne zdarzenia, spotkania, nawet najmniej znaczące epizody kształtują nasze życie, naszą osobowość i charakter. Czynią nas bardziej świadomymi i bogatszymi wewnętrznie.
Według mnie miłość to niedosyt istnienia.
"Traktat" dotyka istoty ludzkiego życia. Tego, co niedotykalne i nienazywalne. Dlatego myślę, że "powieść metafizyczna" to dla niego określenie wręcz idealne. Utwór zadaje wiele pytań dotyczących ludzkiego istnienia, choć nie na wszystkie jest w stanie udzielić odpowiedzi. Lecz mimo tych niepowodzeń niesie ze sobą wewnętrzne ukojenie, wyzwala ze strachu. Wsłuchując się w słowa opowiadającego, wiemy, że nie mówi on tylko i wyłącznie o doświadczeniach jednostkowych, że nie stawia w centrum historii samej w sobie. Nie. Konkretna, choć pozbawiona detalów (jakieś miejsce, jakaś kobieta, jakaś restauracja, jakieś uzdrowisko) opowieść jest jedynie środkiem wyrażenia uniwersalnego przesłania.

Czym jest tytułowe łuskanie fasoli? Chyba życiem. Każdy z nas musi się w tym łuskaniu codziennie doskonalić. Robić to dobrze i wytrwale, mimo zmęczenia, bólu, początkowego braku wprawy. Każdej nocy, każdego dnia, bez przerwy. To właśnie to łuskanie odmierza czas naszego istnienia. 
O, łuskamy fasolę, więc jesteśmy
"Traktat o łuskaniu fasoli" nie jest pozycją (księgą?) polecaną. Jest pozycją obowiązkową.
Czytaj dalej

Granice niezwykłości. "Zniknięcie słonia" Haruki Murakamiego.

"Zniknięcie słonia" to zbiór opowiadań niezwykle poczytnego, japońskiego pisarza, Haruki Murakamiego, który (jak wiele wybitnych postaci świata literatury) ma tyluż zwolenników, co przeciwników. W zbiorze wspina się na szczyty niezwykłości, absurdu i surrealizmu, całkowicie dowolnie kształtuje swój świat, pozbawiając go znamion wszelkiego prawdopodobieństwa. To, co dzieje się na kartach książki w niczym nie przypomina znanej nam świetnie rzeczywistości. Jest ona (wraz z popularnymi piosenkami, zjawiskami, historycznymi wydarzeniami czy też całkiem zwyczajnymi bohaterami) jedynie punktem wyjścia do snucia opowieści przesączonej niesamowitością, którą trudno nazwać subtelną. Jest to niesamowitość w dawce potężnej, lecz z uporem maniaka będę utrzymywała, że nie śmiertelnej.

"Zniknięcie słonie" jest więc swego rodzaju kroniką zdarzeń nadzwyczajnych. Powodowane nieoczekiwanym głodem małżeństwo dokonuje słabo przygotowanego, aczkolwiek skutecznego napadu na McDonald's, pracownik działu kontroli jakości na skutek niezwykłego doświadczenia obserwacji kangurów przesyła nieznanej klientce taśmę z nagranym intymnym zwierzeniem, zamożnego człowieka sukcesu bez reszty pochłania nietuzinkowa pasja-  palenie stodół, a TV People bezpardonowo wkraczają w życie niewinnego człowieka.

Czytając te opowiadania, trudno nie zastanowić się nad wielowymiarowością wyobraźni autora. W jaki sposób udało mu się wykreować świat aż tak daleki od rzeczywistości? Z każdym kolejnym opowiadaniem pojawia się coraz więcej zdumień i znaków za pytania. Nie każdy aspekt historii jest precyzyjnie wytłumaczony, nie o to chodzi Murakamiemu. Dzieło pisarza nie jest przecież traktatem naukowym, ale... No właśnie. Czym tak właściwie? Jego miniutwory charakteryzuje pewnego rodzaju oniryzm, niektóre przypominają marzenia senne, w których materia ulega szybkim i spontanicznym przekształceniom.

Murakami jest pisarzem bezkompromisowym, kroczącym swoją własną drogą. To czyni go właśnie niezwykle oryginalnym i myślę, że także atrakcyjnym w oczach czytelników z różnych części świata. Jego twórczość, przekraczająca kolejne granice niezwykłości, przekracza również granice kulturowe.
Czytaj dalej

Książki mojego dzieciństwa

Każdy (a przynajmniej większość) z nas, zażartych czytelników, rozpoczął swoją przygodę z książkami pacholęciem jeszcze będąc. Myślę, że to, co czytaliśmy albo też co nam czytano w dzieciństwie w jakimś stopniu ukształtowało naszą wrażliwość, wyobraźnię, osobowość, charakter. Nie mówiąc już o czytelniczych preferencjach. 

W tym poście opowiem trochę o książkach absolutnie wyjątkowych i niesamowitych, które darzę ogromnym sentymentem chyba właśnie dlatego, że towarzyszyły mi przez błogie lata dzieciństwa. Wszystkie były ważne. Każda była inna. Każda w odmienny sposób działała na moje emocje. 

"Baśnie" Andersena

Dzieło duńskiego baśniopisarza jako pierwsze wyłania się z mojej czytelniczej pamięci. Czytanie Andersena było pewnego rodzaju rytuałem, który rozgrywał się w moim domu każdego wieczora. Jako dziecko byłam zafascynowana twórczością tego twórcy, jakąś taką dziwną niezwykłością i pięknem bijącymi z jego opowieści. Wykreowany przez niego świat posiadał magnetyczną moc przyciągania, ale też oswajał z różnymi uczuciami od radości, szczęścia, wdzięczności i spełnienia po bezbrzeżny smutek, żal i rozpacz. Potężne tomisko opatrzone przecudnymi, malowanymi akwarelą ilustracjami, w pełni oddającymi klimat baśni, długo zajmowało niekwestionowane pierwsze miejsce. Opowieści były czytane wielokrotnie, zwłaszcza te, które darzyłam szczególnym przywiązaniem, takie jak "Dzikie łabędzie" czy "Towarzysz podróży". Do dzisiaj uważam, że "Baśnie" są niekwestionowanym arcydziełem i mogą być bez przeszkód czytane przez dojrzalszych czytelników.


"Ania z Zielonego Wzgórza"

Tak, wiem. Nie jestem ani odrobinę oryginalna. Należę do tej zdecydowanej większości, która została podstępnie oczarowana przez uroczego rudzielca z Avonlea. Która z nas w jakimś momencie swojego życia nie utożsamiała się z Anną Shirley, nie widziała w niej bratniej duszy, nie pragnęła zobaczyć w sobie roztargnionej marzycielki wpadającej w liczne tarapaty? Moja przygoda z panną Anną rozpoczęła się w drugiej klasie podstawówki. Pamiętam, że polowałam na książki z serii o tej bohaterce w szkolnej bibliotece i w mig je pochłaniałam. Wielogodzinne  spotkania z Anią były dla mnie czymś niezbędnym i odcisnęły swoje piętno na mojej wrażliwości. Ale to nie wszystko...Odtąd zapragnęłam mieć rude włosy (da się zrobić) i zielone oczy (nie da się zrobić). :)


"Opowieści z Narnii"

Czytanie "Opowieści z Narnii" w pewnym momencie stało się moim małym uzależnieniem. Świat Lewisa wciągnął mnie bez reszty. Do dzisiaj pamiętam, jak bardzo ta książka oddziaływała na moją wyobraźnię, jak mocno czułam się związana z bohaterami poszczególnych części serii, jak wielkie rozgoryczenie i rozżalenie pojawiło się we mnie, gdy Narnia w "Ostatniej bitwie" ostatecznie przestała istnieć. Są takie powieści, których największym minusem jest fakt, że w końcu się kończą. Myślę, że dotyczy to każdej książki z cyklu "Opowieści z Narnii". Są one jedną wielką opowieścią o przyjaźni, poświęceniu, odwadze, dobroci  i miłości. O postawach. Nieustannej potyczce rozgrywającej się między dobrem i złem.

"Jeżycjada"

A na koniec: książki z dzieciństwa ciut późniejszego. Powieści Małgorzaty Musierowicz mają chyba tyle samo przeciwników, co zwolenników. Zarzuca się im rażącą naiwność, nierealność, skłonność do upraszczania, irytujący wręcz optymizm. Malkontenci jak zwykle mają rację, ale muszę ich zmartwić. Za wszystkie te zarzuty kocham ten cykl. Z powieści pani Małgorzaty bije miłość i ciepło, jej utwory otulają człowieka, jak kocyk, kiedy świat wydaje się zły, kiedy nic nie ma sensu. Pobyt w borejkowskiej kuchni ma działanie silnie terapeutyczne i myślę, że właśnie dlatego pędzę do księgarni, kiedy tylko dowiaduję się o pojawieniu się kolejnego tomu nieśmiertelnej "Jeżycjady". Na tych książkach się dorasta, dorośleje, w końcu starzeje.


A wy jakie książki pamiętacie ze swojego dzieciństwa?
Czytaj dalej

Morderczy zapach. "Pachnidło" Patricka Suskinda

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak działa na Ciebie zapach? Jak często postrzegasz świat, ludzi, zdarzenia, miejsca przez jego prymat? Czy jesteś świadomy tego, jak poszczególne zapachy wpływają na Twoją wyobraźnię, zapisują się we wspomnieniach, sprawiają, że niektóre chwile uważasz za wyjątkowe i wspaniałe? "Pachnidło" to podróż przez świat zapachów. Na kartach książki znajdziemy mnóstwo nazw substancji wydzielających przepiękną woń: piżmo, olejki różane, olej goździkowy, styraks, wodę fiołkową... Ale to nie one pozwolą na stworzenie pachnidła o zniewalającym zapachu, któremu nie dorówna Chanel ani Dolce & Gabbana.

Znalezione obrazy dla zapytania pachnidło
Jan Baptysta Grenouille jest człowiekiem obdarzonym darem niezwykle czułego zmysłu powonienia. Jego umiejętności pozwalają na tworzenie niedoścignionych perfum, którym nie jest w stanie oprzeć się żaden człowiek na świecie. Grenouille nie znajduje jednak spełnienia w komponowaniu zapachów zadowalających zwykłych śmiertelników, nie pragnie bogactwa ani sławy. Jego jedynym pragnieniem jest stworzenie pachnidła nad pachnidłami, jakiego nigdy wcześniej nie wymyślił żaden człowiek. Grenouille oddaje się szaleńczym poszukiwaniom, nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel.

Autorowi "Pachnidła" udało się stworzyć mroczny klimat, który sprawia, że podczas czytania czytelnikowi włos jeży się na głowie (zwłaszcza kiedy śledzi poczynania głównego bohatera późno w nocy). Atmosfera książki przypomina trochę tę znaną z baśni braci Grimm. Suskind kreuje swój świat jako miejsce zamieszkane przez okrutnych, bezwzględnych ludzi owładniętych chęcią osiągnięcia osobistego sukcesu, gromadzenia bogactwa, zdobywania sławy i rozgłosu. Ludzie w "Pachnidle" są małostkowi, pozbawieni wyższych uczuć i wartości moralnych. Każdy z bohaterów wcześniej czy później okazuje się wyrachowanym pozorantem, oszukującym innych, a czasem i siebie.
Ten świat to miejsce odrażające. Nawet Paryż, stolica mody i miejsce będące siedzibą możnych, zostało przedstawione jako miasto gnieżdżącej się biedoty, przepełnione odpadkami, wydzielające obrzydliwy odór.
 Ludzie bowiem mogą zamykać oczy na wielkość, na grozę, na piękno, i mogą zamykać uszy na melodie albo bałamutne słowa. Ale nie mogą uciec przed zapachem. Zapach bowiem jest bratem oddechu.
Znakomita jest także kreacja głównego bohatera, który jest wcielonym złem. Wydaje się być napędzany nienawiścią do otaczającej go rzeczywistości. Jego postępowaniu z jednej strony brakuje motywów, postaw, z drugiej- jest ono uwarunkowane doświadczeniem. Nigdy przecież nikt nie okazał mu czułości, miłości, zrozumienia czy nawet zwykłej, ludzkiej dobroci. Od drugiego człowieka otrzymał jedynie pogardę i odrzucenie. Mimo to Grenouille nie jest w stanie obudzić sympatii czy współczucia nawet w najbardziej wrażliwej osobie. To potwór. Bez uczuć. Bez emocji. Ale za to z ogromnym talentem.

"Pachnidło" to w gruncie rzeczy niezbyt skomplikowana historia, która intryguje. Atmosfera baśni, nieszablonowy główny bohater i wyjątkowy zapach. Oto przepis na sukces.
Czytaj dalej