Mistrz Bułhakow, czyli recenzja "Mistrza i Małgorzaty"
22:15
"Mistrz i Małgorzata"... Ten tytuł zna prawie każdy. Odmienia się go niemal przez wszystkie przypadki- w szkole, na ulicy, w mediach. Książka wydana po raz pierwszy pięćdziesiąt lat temu to wciąż jedna z najbardziej poczytnych powieści literatury nie tylko rosyjskiej, ale i światowej, która weszła na stałe do kanonu arcydzieł. To dzieło, które wciąż jest obecne, żyje wśród nas i zadziwia swoją aktualnością, inteligencją i wielowątkowością. Trudno zakwestionować jego geniusz i nie docenić przekazu- potęgi ukrytych w nim aluzji, myśli, wypadków... Dlatego bardzo obawiam się słowa: "recenzja". Dlaczego? Bo takich książek po prostu się nie recenzuje. One nie podlegają żadnej ocenie, nie mieszczą się w skali, są całkowicie poza zasięgiem. Każda próba zrecenzowania jest z góry skazana na klęskę. Dlatego dzisiejsza recenzja wcale recenzją nie będzie. Raczej skromnym pomnikiem na cześć szatańsko dobrej książki.

Akcja powieści jest prowadzona równolegle, jednocześnie w Moskwie XX wieku i Jerozolimie za czasów Chrystusa. Obie te płaszczyzny łączy postać Mistrza- utalentowanego pisarza, którego los zaprowadził do (a jakże!) zakładu psychiatrycznego. Człowiek ten jest autorem książki o Poncjuszu Piłacie i twórcą innej, niezgodnej z Pismem Świętym, historii o męce i śmierci Chrystusa. Według niej Jezus (a raczej Jeszua Ha-Nocri) to nie Zbawiciel, ale filozof, żyjący w przekonaniu, że każdy człowiek, łącznie z okrutnym Szczurobójcą, jest dobry.
Bogactwo "Mistrza i Małgorzaty" to niewątpliwie mnogość jej wątków. Fabuła jest tak złożona i rozbudowana, że stanowi prawdziwą ucztę dla czytelnika. Liczba rozmaitych wydarzeń, faktów, postaci i okoliczności atakuje nas niemal z każdej strony. A wszystko to wymaga myślenia, intelektualnego wysiłku i interpretacji. Jest ich nieskończenie wiele, więc każdy może odnaleźć swoją własną.
Mnie osobiście niezwykle spodobał się wątek miłosny (wiem, że nie jestem oryginalna). Miłość między Mistrzem a Małgorzatą jest czymś nie do opisania. To wielkie uczucie, które potrafi przetrwać każdą niesprzyjającą okoliczność. To także oddanie: każda ze stron jest gotowa ponieść ofiarę dla drugiej osoby, poświęcić swoje osobiste szczęście, by tylko ją uszczęśliwić. I, co najważniejsze, po wielu ciężkich przejściach prowadzi do pomyślnego rozwiązania i pozwala parze kochanków trwać w spokoju przy sobie.
Wielką zaletą powieści jest także język. Dosyć prosty, a zarazem tak bardzo obrazowy pozwala na głębsze zrozumienie treści, pobudza wyobraźnię. Jest doskonałym kształtem, w który wtłoczona zostaje treść. Bułhakow okazuje się mistrzem słowa, który potrafi czytelnika zaciekawić, oczarować i "przywiązać" do siebie. A raczej swojej książki, od której nie można się oderwać, w którą wsiąka się na długie godziny i wcale, ale to wcale się tego nie żałuje.
"Mistrz i Małgorzata" zaskakuje humorem. Wiele jest w książce sytuacji budzących rozbawienie. Komizm niejednokrotnie przeobraża się w groteskę- sytuacje i postacie stają się odrealnione, przerysowane, nierzeczywiste. Moskwa jest siedliskiem paradoksów i absurdów. Radziecka rzeczywistość właśnie w nich się wyraża i choć na kartach książki budzi śmiech, to przecież życie w takich okolicznościach wcale nie jest śmieszne. Przy poczynaniach urzędników magia Szatana jest tylko niewinnymi sztuczkami, dziecięcą igraszką, wzbudzającą wesołość ludu. Przy całej moskiewskiej machinie państwowej Woland i jego współpracownicy stają się niemal bohaterami pozytywnymi.
O czym tak naprawdę jest "Mistrz i Małgorzata"? O walce dobra ze złem? O rosyjskiej rzeczywistości? Czy może nieśmiertelnej miłości? Każda odpowiedź jest prawidłowa. I właśnie to w tej powieści kocham najbardziej.