Starcie bohaterów, czyli recenzja kolejnej części "Kapitana Ameryki"

Choć początkowo zupełnie się na to nie zanosiło, rok temu stałam się gorącą zwolenniczką filmów Marvela, zmieniając tym samym diametralnie swoje poprzednie stanowisko. I teraz z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeżeli ktoś twierdzi uparcie, iż produkcje te są wyjątkowo słabymi wytworami kultury niskiej, to znaczy, że jeszcze ich nie oglądał. Wbrew pozorom mają widzowi do zaoferowania całkiem sporo, a nieraz nawet znacznie więcej niż inne dzieła wpuszczane do kin, dla zadowolenia gustów szeroko pojętych mas. 
 Tak więc nie powinno nikogo dziwić, że razem z innymi ludźmi tłumnie zmierzającymi do kin ("Kapitan" już po 19 dniach okazał się kasowym hitem tego roku), postanowiłam jeszcze raz zagłębić się w świat ulubionych bohaterów. I zdecydowanie tego nie żałuję! Ten film to skuteczny sposób na miłe spędzenie wieczoru w naprawę doborowym towarzystwie. Na ekranie widzimy takie gwiazdy, jak nieprzyzwoicie przystojny Chris Evans, czarująca, aczkolwiek zaskakująco niebezpieczna Scarlett Johansson czy Robert Downey Jr., którego po prostu nie lubić się nie da. 

W filmie zostaje przedstawiona tematyka, której darmo szukać w poprzednich odsłonach. To, co wcześniej skutecznie było pomijane i zamiatane pod dywan, by nie psuć efektu, w "Kapitanie Ameryce" przedstawiono w pełnej okazałości. Czy Avengersi rzeczywiście są błogosławieństwem dla mieszkańców globu? Te pytanie właściwie napędza akcję filmu, od niego wszystko się zaczyna. Nasi bohaterowie wielokrotnie już zdołali popisać się odwagą i uratować świat..., zostawiając jednocześnie za sobą setki niewinnych ofiar. Każdej ich interwencji towarzyszyła śmierć ludzi. Bohaterowie też popełniają błędy, ale cena dla wielu okazała się zbyt duża. W końcu ONZ zaproponowało objęcie Avengers ścisłą kontrolą, by nie dopuścić do kolejnej tragedii. W razie nieprzyjęcia tej propozycji, postacie byłyby zmuszone zawiesić swoją działalność i przejść do stanu bohaterskiego niebytu. I tutaj pojawia się problem, gdyż nie każdemu rezygnacja z autonomii jest na rękę. Rozpad wśród Avengers okazuje się zatem nieunikniony, a nieoczekiwany splot okoliczności prowadzi do konfrontacji. Kapitan Ameryka i Iron Man stają po dwóch stronach barykady.

To, co przemawia za filmem to niezwykle rozbudowana fabuła, która właściwie nie ma słabych momentów (może z wyjątkiem delikatnie drażniących, ckliwych rozmówek Wandy i Visiona). Zdecydowanie zachwycają błyskotliwe, pozbawione sztuczności dialogi. Widz właściwie nie ma szansy, by się znudzić. Zwroty akcji, liczne pojedynki i nowe fakty przyprawiają o zawrót głowy. A kiedy wydaje się, że wszystko zmierza w kierunku przewidywalności, twórcy wyciągają z rękawa kolejnego asa, którym niewątpliwie jest wprowadzenie postaci Spider-Mana. I muszę przyznać, iż ten, wydawałoby się, karkołomny zabieg przynosi nieoczekiwane efekty. Atmosfera się rozluźnia, a dialogi zaczynają śmieszyć, niosąc ze sobą tę nutkę młodzieńczej świeżości. Niektórzy uważają, że Spider-Man ukradł ten film w kwadrans. Ja dałabym mu dwadzieścia minut. I już widz leży na łopatkach.

Całe mnóstwo postaci znanych już z poprzednich produkcji Marvela to także wielki plus tej produkcji. Jest tutaj Iron Mana, War Machine, Clint, Falcon i Czarna Wdowa, jak i niepozorny Ant-Man. Pojawia się także Czarna Pantera, która za sprawą swojego mrocznego, tajemniczego image'u wydaje się niezwykle intrygująca. Na ekranie gości Zimowy Żołnierz, również mający w tym filmie swoje pięć minut. Znowu staje się sprężyną wydarzeń zmierzających ku... smakowitej scenie pojedynku.
Bitwa bohaterów na płycie lotniska to niewątpliwie jedna z tych scen, dla których naprawdę warto wybrać się do kina. Zrealizowana z wielkim rozmachem i, co najważniejsze, pomysłem staje się prawdziwą ucztą dla oka widza.

Nowy "Kapitan Ameryka" jest niezwykły pod wieloma względami.
 Po pierwsze, moja wielka sympatia dla Iron Mana nieco osłabła. I choć nadal Stark był tym samym czarującym ekscentrykiem i egocentrykiem, choć nadal nie brakowało mu inteligencji i specyficznego, uszczypliwego stylu bycia oraz poczucia humoru, nadal nie mogę mu wybaczyć, że w kluczowym momencie stracił nad sobą panowanie i pod wpływem emocji rzucił się bezmyślnie na Kapitana.
Po drugie, to pierwszy film,w którym antagonista (Zemo) budzi współczucie.
Po trzecie, porusza tematykę ważną nie tylko w świecie Marvela, ale także w naszej rzeczywistości. W świecie konfliktów, wojen i zagrożeń ważne jest zachowanie rozsądku i otwartego umysłu. Czasem walcząc o lepszy świat, krzywdzimy niewinnych ludzi. Musimy o tym pamiętać i połączyć siły, by móc temu przeciwdziałać. 

A to trailer dla wszystkich, których nie udało mi się przekonać ;) :


5 komentarzy :

  1. A ja po tym filmie jeszcze bardziej znienawidziłam Kapitana Amerykę, ale to pewnie przez to, że nigdy go nie lubiłam. Ogólnie takie ,,idealne" postacie nie wzbudzają mojej sympatii. Film oczywiście genialny, ale ja to od małego rosłam na miłośniczkę filmów na podstawie komiksów. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? U mnie było odwrotnie, już w poprzednich częściach Kapitan stał się moim, jeżeli nie najulubieńszym, to na pewno jednym z najbardziej lubianych bohaterów. :) Po prostu rozbraja mnie ta jego dobroduszność i oddanie.

      Usuń
  2. To mnie dla mnie, niestety. ;/

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie bardzo się podobał! Też pisałam recenzję i jest oczywiście pozytywna :)

    OdpowiedzUsuń

Za każdy, nawet najmniejszy, komentarz bardzo dziękuję. :)