Czy kolor ma znaczenie? Recenzja ,,Służących" Kathryn Stockett
18:00
Jackson w stanie Missisipi. Stany Zjednoczone. Lata 60. XX wieku. Bob Dylan rozpoczyna swoją karierę. Nadchodzi prawdziwa rewolucja obyczajowa. Człowiek stawia swoją stopę na księżycu. A pewne rzeczy nadal pozostają nie do przeskoczenia... Podczas gdy gdzieś daleko Martin Luther King wygłasza swoje słynne wystąpienia, w Missisipi równość między białymi a ,,kolorowym" nie śni się jeszcze nikomu. To byłoby przecież szaleństwo. Tak więc czarnoskórzy mają oddzielne sklepy, okienka w lodziarniach, szkoły i kościoły, a nawet są zmuszeni korzystać z oddzielnych toalet.

Segregacja rasowa to w literaturze amerykańskiej temat niezbyt oryginalny. Raczej bardzo oklepany, wydawałoby się dogłębnie wyeksploatowany, wałkowany i na nowo roztrząsany w hollywoodzkich (i nie tylko) produkcjach oraz napomknięty w niezliczonej wręcz ilości książek. Czołowy motyw amerykańskiej kultury, który z łatwością można ,,opchnąć'' czytelnikowi, przy okazji skłaniając go do uronienia łezki. W rezultacie powstało wiele powieści wybitnych (a taką z pewnością jest moja ulubiona: ,,Zabić drozda"), jak i prostych, dennych, ckliwych, odgrzewanych historyjek, przyprawiających grono odbiorców o literackie niestrawności. Do której grupy mogłabym zaliczyć ,,Służące" Kathryn Stockett? Zdecydowanie do pierwszej.
Muszę przyznać, że początkowo wcale nie była to przyjemna lektura. Przez pierwsze pięćdziesiąt stron męczyłam się niemiłosiernie i w żaden sposób, mimo sporej ilości dobrej woli, nie mogłam tak naprawdę zainteresować się powieścią. Po pierwsze, nie bez znaczenia był fakt, iż moje spotkanie ze ,,Służącymi" nastąpiło bezpośrednio po wyczerpującej intelektualnie, duchowo i psychicznie (ale za to niezwykle satysfakcjonującej) lekturze ,,Imienia róży". Cóż, nie ulega wątpliwości, że dystans między Włochami XIV wieku, a latami 60. wieku XX jest dość znaczny. Naprawdę odczułam ten skok cywilizacyjny i nie byłam w stanie zaaklimatyzować się w nowych warunkach. Tęskniłam za klasztorną pieczenią i winem, podczas gdy w zamian dostawałam kanapkę z masłem orzechowym i puszkę coca coli. Po drugie, niezwykle uciążliwe stało się czytanie pierwszych kliku rozdziałów zapisanych przez jedną z bohaterek powieści- Aibileen. Całe mnóstwo potocznych słówek i kolokwializmów, specyficzna (bardzo!) składnia- miejscami niezwykle skomplikowana i poważnie utrudniająca zrozumienie sensu, no i znienawidzone ,,coby", czyli wszechłącznik wypowiedzi używany w nadmiarze i porządnie działający mi na nerwy.
Potem jednak zupełnie wsiąkłam. Tę książkę czyta się naprawdę wspaniale. Atmosfera tamtych czasów została odmalowana przez panią Stockett po mistrzowsku. Wydaje mi się, że autorka dotknęła samego sedna relacji białych i ,,kolorowych". Z czego wynikało pasmo uprzedzeń i antagonizmów? Przede wszystkim z niewiedzy i, oczywiście, braku zrozumienia drugiego człowieka. Właśnie, CZŁOWIEKA. Za bardzo skupiamy się na rozróżnianiu kolorów, by dostrzec w drugiej osobie człowieka o tych samych uczuciach, marzeniach, potrzebach i pragnieniach.

,,Służące" to także niezwykle charakterystyczne postacie od wrednej, obłudnej Hilly, nieco zagubionej pani Leefolt, po ciepłą Aibileen i rozgadaną, bezpośrednią Minny. To również mnogość wątków. Każda z głównych bohaterek musi mierzyć się z problemami w życiu prywatnym, każda na swój sposób przeżywa sytuację w Missisipi, która wielokrotnie osobiście je dotknęła, każda jest świadkiem dramatycznych wydarzeń nierównej walki między dwoma rasami, każda w końcu postanawia przerwać milczenie i podjąć wydałoby się skazaną na przegraną próbę odmienienia własnej rzeczywistości. Każda musi coś w imię tej próby poświęcić. Pracę, rodzinę, wymarzoną miłość...
Czy nie taki był sens książki? Czy nie chodziło o to, żeby kobiety zrozumiały: ,,Jesteśmy tylko dwiema istotami ludzkimi, nie tak znowu wiele nas dzieli. Znacznie mniej niż sądziłam.
,,Służące" zmuszają do refleksji nad naturą człowieka, który tak bardzo skłonny jest do piętnowania wszystkich, odmiennych od niego osób. Ale niesie też za sobą nadzieję. Tyle jest przecież wokół nas ludzi życzliwych, przyjaznych, dobrych serc, które nigdy nie pogodzą się z niesprawiedliwością świata i podejmą nawet najbardziej beznadziejną próbę walki.