film

Starcie bohaterów, czyli recenzja kolejnej części "Kapitana Ameryki"

19:44

Choć początkowo zupełnie się na to nie zanosiło, rok temu stałam się gorącą zwolenniczką filmów Marvela, zmieniając tym samym diametralnie swoje poprzednie stanowisko. I teraz z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeżeli ktoś twierdzi uparcie, iż produkcje te są wyjątkowo słabymi wytworami kultury niskiej, to znaczy, że jeszcze ich nie oglądał. Wbrew pozorom mają widzowi do zaoferowania całkiem sporo, a nieraz nawet znacznie więcej niż inne dzieła wpuszczane do kin, dla zadowolenia gustów szeroko pojętych mas. 
 Tak więc nie powinno nikogo dziwić, że razem z innymi ludźmi tłumnie zmierzającymi do kin ("Kapitan" już po 19 dniach okazał się kasowym hitem tego roku), postanowiłam jeszcze raz zagłębić się w świat ulubionych bohaterów. I zdecydowanie tego nie żałuję! Ten film to skuteczny sposób na miłe spędzenie wieczoru w naprawę doborowym towarzystwie. Na ekranie widzimy takie gwiazdy, jak nieprzyzwoicie przystojny Chris Evans, czarująca, aczkolwiek zaskakująco niebezpieczna Scarlett Johansson czy Robert Downey Jr., którego po prostu nie lubić się nie da. 

W filmie zostaje przedstawiona tematyka, której darmo szukać w poprzednich odsłonach. To, co wcześniej skutecznie było pomijane i zamiatane pod dywan, by nie psuć efektu, w "Kapitanie Ameryce" przedstawiono w pełnej okazałości. Czy Avengersi rzeczywiście są błogosławieństwem dla mieszkańców globu? Te pytanie właściwie napędza akcję filmu, od niego wszystko się zaczyna. Nasi bohaterowie wielokrotnie już zdołali popisać się odwagą i uratować świat..., zostawiając jednocześnie za sobą setki niewinnych ofiar. Każdej ich interwencji towarzyszyła śmierć ludzi. Bohaterowie też popełniają błędy, ale cena dla wielu okazała się zbyt duża. W końcu ONZ zaproponowało objęcie Avengers ścisłą kontrolą, by nie dopuścić do kolejnej tragedii. W razie nieprzyjęcia tej propozycji, postacie byłyby zmuszone zawiesić swoją działalność i przejść do stanu bohaterskiego niebytu. I tutaj pojawia się problem, gdyż nie każdemu rezygnacja z autonomii jest na rękę. Rozpad wśród Avengers okazuje się zatem nieunikniony, a nieoczekiwany splot okoliczności prowadzi do konfrontacji. Kapitan Ameryka i Iron Man stają po dwóch stronach barykady.

To, co przemawia za filmem to niezwykle rozbudowana fabuła, która właściwie nie ma słabych momentów (może z wyjątkiem delikatnie drażniących, ckliwych rozmówek Wandy i Visiona). Zdecydowanie zachwycają błyskotliwe, pozbawione sztuczności dialogi. Widz właściwie nie ma szansy, by się znudzić. Zwroty akcji, liczne pojedynki i nowe fakty przyprawiają o zawrót głowy. A kiedy wydaje się, że wszystko zmierza w kierunku przewidywalności, twórcy wyciągają z rękawa kolejnego asa, którym niewątpliwie jest wprowadzenie postaci Spider-Mana. I muszę przyznać, iż ten, wydawałoby się, karkołomny zabieg przynosi nieoczekiwane efekty. Atmosfera się rozluźnia, a dialogi zaczynają śmieszyć, niosąc ze sobą tę nutkę młodzieńczej świeżości. Niektórzy uważają, że Spider-Man ukradł ten film w kwadrans. Ja dałabym mu dwadzieścia minut. I już widz leży na łopatkach.

Całe mnóstwo postaci znanych już z poprzednich produkcji Marvela to także wielki plus tej produkcji. Jest tutaj Iron Mana, War Machine, Clint, Falcon i Czarna Wdowa, jak i niepozorny Ant-Man. Pojawia się także Czarna Pantera, która za sprawą swojego mrocznego, tajemniczego image'u wydaje się niezwykle intrygująca. Na ekranie gości Zimowy Żołnierz, również mający w tym filmie swoje pięć minut. Znowu staje się sprężyną wydarzeń zmierzających ku... smakowitej scenie pojedynku.
Bitwa bohaterów na płycie lotniska to niewątpliwie jedna z tych scen, dla których naprawdę warto wybrać się do kina. Zrealizowana z wielkim rozmachem i, co najważniejsze, pomysłem staje się prawdziwą ucztą dla oka widza.

Nowy "Kapitan Ameryka" jest niezwykły pod wieloma względami.
 Po pierwsze, moja wielka sympatia dla Iron Mana nieco osłabła. I choć nadal Stark był tym samym czarującym ekscentrykiem i egocentrykiem, choć nadal nie brakowało mu inteligencji i specyficznego, uszczypliwego stylu bycia oraz poczucia humoru, nadal nie mogę mu wybaczyć, że w kluczowym momencie stracił nad sobą panowanie i pod wpływem emocji rzucił się bezmyślnie na Kapitana.
Po drugie, to pierwszy film,w którym antagonista (Zemo) budzi współczucie.
Po trzecie, porusza tematykę ważną nie tylko w świecie Marvela, ale także w naszej rzeczywistości. W świecie konfliktów, wojen i zagrożeń ważne jest zachowanie rozsądku i otwartego umysłu. Czasem walcząc o lepszy świat, krzywdzimy niewinnych ludzi. Musimy o tym pamiętać i połączyć siły, by móc temu przeciwdziałać. 

A to trailer dla wszystkich, których nie udało mi się przekonać ;) :


literatura amerykańska

Czy kolor ma znaczenie? Recenzja ,,Służących" Kathryn Stockett

18:00

Jackson w stanie Missisipi. Stany Zjednoczone. Lata 60. XX wieku. Bob Dylan rozpoczyna swoją karierę. Nadchodzi prawdziwa rewolucja obyczajowa. Człowiek stawia swoją stopę na księżycu. A pewne rzeczy nadal pozostają nie do przeskoczenia... Podczas gdy gdzieś daleko Martin Luther King wygłasza swoje słynne wystąpienia, w Missisipi równość między białymi a ,,kolorowym"  nie śni się jeszcze nikomu. To byłoby przecież szaleństwo. Tak więc czarnoskórzy mają oddzielne sklepy, okienka w lodziarniach, szkoły i kościoły, a nawet są zmuszeni korzystać z oddzielnych toalet.

Aibileen od wielu lat pracuje już u białych pań jako pomoc domowa i jednocześnie opiekunka do dzieci. Kocha wszystkich swoich podopiecznych i niekiedy musi zastępować im matkę. Minnie to opryskliwa, ale budząca sympatię kobieta. Przez swój niewyparzony język wielokrotnie pożegnała się z pracą. Panienka Skeeter dopiero co wróciła ze stanowego uniwersytetu. Marzy jej się kariera pisarki, ale zamiast tego otrzymuje posadę dziennikarki w kąciku porad domowych. Te trzy niezwykle silne i odważne kobiety łączą swoje siły i zaczynają pracować nad książką o życiu pomocy domowych w stanie Missisipi. Robią to, choć wiedzą, na jak wielkie narażają się niebezpieczeństwo.

Segregacja rasowa to w literaturze amerykańskiej temat niezbyt oryginalny. Raczej bardzo oklepany, wydawałoby się dogłębnie wyeksploatowany, wałkowany i na nowo roztrząsany w hollywoodzkich (i nie tylko) produkcjach oraz napomknięty w niezliczonej wręcz ilości książek. Czołowy motyw amerykańskiej kultury, który z łatwością można ,,opchnąć'' czytelnikowi, przy okazji skłaniając go do uronienia łezki. W rezultacie powstało wiele powieści wybitnych (a taką z pewnością jest moja ulubiona: ,,Zabić drozda"), jak i prostych, dennych, ckliwych, odgrzewanych historyjek, przyprawiających grono odbiorców o literackie niestrawności. Do której grupy mogłabym zaliczyć ,,Służące" Kathryn Stockett? Zdecydowanie do pierwszej.

Muszę przyznać, że początkowo wcale nie była to przyjemna lektura. Przez pierwsze pięćdziesiąt stron męczyłam się niemiłosiernie i w żaden sposób, mimo sporej ilości dobrej woli, nie mogłam tak naprawdę zainteresować się powieścią. Po pierwsze, nie bez znaczenia był fakt, iż moje spotkanie ze ,,Służącymi" nastąpiło bezpośrednio po wyczerpującej intelektualnie, duchowo i psychicznie (ale za to niezwykle satysfakcjonującej) lekturze ,,Imienia róży". Cóż, nie ulega wątpliwości, że dystans między Włochami XIV wieku, a latami 60. wieku XX jest dość znaczny. Naprawdę odczułam ten skok cywilizacyjny i nie byłam w stanie zaaklimatyzować się w nowych warunkach. Tęskniłam za klasztorną pieczenią i winem, podczas gdy w zamian dostawałam kanapkę z masłem orzechowym i puszkę coca coli. Po drugie, niezwykle uciążliwe stało się czytanie pierwszych kliku rozdziałów zapisanych przez jedną z bohaterek powieści- Aibileen. Całe mnóstwo potocznych słówek i kolokwializmów, specyficzna (bardzo!) składnia- miejscami niezwykle skomplikowana i poważnie utrudniająca zrozumienie sensu, no i znienawidzone ,,coby", czyli wszechłącznik wypowiedzi używany w nadmiarze i porządnie działający mi na nerwy.

Potem jednak zupełnie wsiąkłam. Tę książkę czyta się naprawdę wspaniale. Atmosfera tamtych czasów została odmalowana przez panią Stockett po mistrzowsku. Wydaje mi się, że autorka dotknęła samego sedna relacji białych i ,,kolorowych". Z czego wynikało pasmo uprzedzeń i antagonizmów? Przede wszystkim z niewiedzy i, oczywiście, braku zrozumienia drugiego człowieka.  Właśnie, CZŁOWIEKA. Za bardzo skupiamy się na rozróżnianiu kolorów, by dostrzec w drugiej osobie człowieka o tych samych uczuciach, marzeniach, potrzebach i pragnieniach. 


,,Służące" to także niezwykle charakterystyczne postacie od wrednej, obłudnej Hilly, nieco zagubionej pani Leefolt, po ciepłą Aibileen i rozgadaną, bezpośrednią Minny. To również mnogość wątków. Każda z głównych bohaterek musi mierzyć się z problemami w życiu prywatnym, każda na swój sposób przeżywa sytuację w Missisipi, która wielokrotnie osobiście je dotknęła, każda jest świadkiem dramatycznych wydarzeń nierównej walki między dwoma rasami, każda w końcu postanawia przerwać milczenie i podjąć wydałoby się skazaną na przegraną próbę odmienienia własnej rzeczywistości. Każda musi coś w imię tej próby poświęcić. Pracę, rodzinę, wymarzoną miłość...
Czy nie taki był sens książki? Czy nie chodziło o to, żeby kobiety zrozumiały: ,,Jesteśmy tylko dwiema istotami ludzkimi, nie tak znowu wiele nas dzieli. Znacznie mniej niż sądziłam.
 ,,Służące" zmuszają do refleksji nad naturą człowieka, który tak bardzo skłonny jest do piętnowania wszystkich, odmiennych od niego osób. Ale niesie też za sobą nadzieję. Tyle jest przecież wokół nas ludzi życzliwych, przyjaznych, dobrych serc, które nigdy nie pogodzą się z niesprawiedliwością świata i podejmą nawet najbardziej beznadziejną próbę walki.



kryminał

Imię arcydzieła - "Imię Róży"

22:08

"Imię róży" od dawna miałam już w swoich czytelniczych planach. I, co dość powszechne, a zarazem smutne, do lektury pchnęła mnie śmierć autora powieści- Umberto Eco. Zaczęło się dużo mówić o nim i jego twórczości, jego dzieła wystawiać na witryny każdej mijanej księgarni, kadzić, wychwalać, wspominać, zachwycać się... Uznałam, że teraz nie mam wyboru i po którąś z powieści tego wybitnego intelektualisty sięgnąć muszę. Padło na "Imię róży".

Akcja powieści toczy się w XIV wieku w znamienitym opactwie benedyktynów w północnych Włoszech, do którego przybywa uczony franciszkanin, Wilhelm z Baskerville wraz ze swoim uczniem, nowicjuszem Adso z Melku. Otoczony sławą człowieka przenikliwego Anglik zostaje poproszony przez opata o rozwikłanie zagadki śmierci jednego z mnichów. Sprawę komplikuje fakt, iż za kilka dni w opactwie ma się odbyć debata teologiczna, w której wystąpią najwięksi dostojnicy kościelni pod przewodnictwem wielkiego inkwizytora, Bernarda Gui. Sytuacja jest kłopotliwa, grozi wybuchem skandalu i zniszczeniem dobrego imienia zakonu. Wkrótce jednak dochodzi do kolejnych morderstw, których trop wiedzie do zakazanej, klasztornej biblioteki.

Wiele jest elementów tej powieści, które budzą zachwyt. Mnie osobiście najbardziej urzekła atmosfera. Lektura "Imienia róży" to najprawdziwsza podróż w czasie do mrocznego, tajemniczego średniowiecza. Świat przedstawiony jest wykreowany tak realistycznie, że miejscami trudno uwierzyć, iż książka ta powstała w wieku XX. Wszystko do siebie pasuje idealnie. Teologiczne rozmowy na tematy ubóstwa, łacińskie cytaty, opasłe tomiska ksiąg zgromadzonych w bibliotece lub żmudnie przepisywanych w skryptorium, uporządkowany według godzin kanonicznych rytm życia mnichów, jak i wszechobecne, zatrważające bogobojnych pogłoski o budzących się ruchach heretyckich, deprawujących ubogą ludność. Widać w tym ogromną wiedzę i niezwykły kunszt literacki Umberto Eco. To niesamowite skonstruować świat z taką dokładnością i umożliwić czytelnikowi rzeczywiste przebywanie w klasztornym wzgórzu.

Niezwykle bogata i rozbudowana jest fabuła. Oprócz wątku kryminalnego można znaleźć w książce mnogość innych, nie wyłączając miłosnego. W centrum uwagi pozostaje jednak oczywiście sprawa tajemniczych zabójstw, wpisujących się w apokaliptyczną konwencję. Ciąg wydarzeń prowadzi do nieprzewidywalnych wniosków i zaskakującego rozwiązania. A cała sprawa toczy się w pobliżu biblioteki i "dziwnej księgi", mającej moc tysiąca skorpionów.

-A ty- zapytałem z dziecinną zuchwałością- nigdy nie popełniasz błędów?
-Często- odparł- Lecz zamiast płodzić jeden tylko, wymyślam ich wiele, tak że nie jestem niewolnikiem żadnego.
Nie sposób pisać o tej książce, nie wspominając o wspaniałych kreacjach bohaterów. Srogi, budzący grozę Bernard Gui, młody i nieco naiwny Adso, lubieżny Salwator czy ponury ślepiec, Jorge- oni wszyscy są postaciami niezwykle autentycznymi i kompletnymi. Posiadają własną, spójną tożsamość, zgodnie z którą postępują i myślą. Ale i tak najwspanialszym bohaterem jest Wilhelm. Ten przenikliwy Anglik to postać nietuzinkowa, były inkwizytor i erudyta, który w ciężkich czasach wieków średnich, nie daje sobą manipulować. W niemal każdej sytuacji kieruje się trzeźwym umysłem, chłodną, spokojną oceną sytuacji. Potrafi ludzi obserwować, dostrzegać ich wady i słabości, przewidywać kolejne kroki, demaskować hipokryzję i głupotę. Wilhelm z Baskerville to postać idealna, która od początku budzi wielki podziw dla swoich wielkich zdolności i niezwykłej metody dochodzenia prawdy.

-Co najbardziej przeraża Cię w czystości?-spytałem.
-Pośpiech.
"Imię róży" jedna z niewielu książek, w których zachwyca zarówno pomysł, jak i wykonanie. Idealnie rozegrana intryga kryminalna, choć na pierwszy rzut oka wydaje się być głównym wątkiem powieści, okazuje się jedynie pretekstem do przedstawienia  średniowiecznego klasztoru benedyktyńskiego. Czytelnik zostaje podstępem zwabiony do tajemniczych wnętrz biblioteki, w których nietrudno o pomieszanie zmysłów. Ponadto zdobywa wiedzę na tematy, o których wolałby nigdy nie usłyszeć. Dowiaduje się o niecnych postępkach heretyków, braciaszków, towarzyszy Dulcyna, za nic mających moralność i zasady świętej wiary katolickiej. Zanim się spostrzeże, znajduje się w samym środku śmiertelnej debaty teologicznej, otoczony dwoma przeciwnymi sobie obozami, spierającymi się zażarcie o ubóstwo Jezusa. W końcu, tak jak bohaterowie, zaczyna płonąć pragnieniem zdobycia księgi, która pochłonęła już kilka ludzkich istnień.

Dobrem dla księgi jest, by była czytana.
W takim razie "Imię róży" nie ma co się niepokoić. Ta księga, jestem tego pewna, będzie czytana do końca świata. 

Książniczka

TOP 6 lektur szkolnych

18:00

Lektura szkolna... to brzmi zniechęcająco. A jak jeszcze do tego jest z gwiazdką to dopiero tragedia! Już sam fakt włączenia jakiegoś utworu literackiego do kanonu lektur szkolnych nie świadczy o nim zbyt dobrze. Od razu można się domyślić, że będzie nudny i nieznośnie pouczająco-moralizujący, czyli ze skłonnością do traktowania młodego czytelnika tak, jak zwykło się go traktować w polskim systemie nauczania. Z góry, jak nieoczytaną, mało elokwentną sierotę ze śladową wrażliwością, ograniczoną umiejętnością przetwarzania informacji, która musi mieć wszystko podane na tacy, a najlepiej to jeszcze rozdrobnione i przetworzone do maksimum, żeby mogło się lepiej przetrawić. Słowem: duża część lektur to rozmielona mamałyga, po której po prostu robi się człowiekowi niedobrze. A Ci, którzy literaturę znają tylko ze szkolnych lekcji zaczynają patrzeć ze wstrętem na czytanie jakichkolwiek książek, często bezpowrotnie je porzucając. Ale przecież nie wszystkie lektury są takie. Podczas mojej dotychczasowej edukacji trafiły się prawdziwe perły (czekam na kolejne!), które przeczytałam z nieukrywaną przyjemnością, zachwytem, wypiekami na policzkach i, o których myślałam, jeśli nie przez długie miesiące czy tygodnie, to na pewno godziny. Wiele z nich stało się źródłem bezcennej inspiracji, czymś, dzięki czemu odnalazłam mnóstwo odpowiedzi na pytania, które mnie nękały. Tych książek nigdy nie odstawia się na półkę. One pozostają w nas. O nich się myśli w wielu momentach życia, przypomina sobie cytaty, wydarzenia i postacie...

lektury szkolne online

Oto lista sześciu z nich. Mój wybór jest bardzo subiektywny i, powiedziałabym, chwilowy. Kto wie czy jutro, za miesiąc czy za rok lista nie będzie wyglądała zupełnie inaczej? Kto wie czy to, co mnie dzisiaj urzeka, nie będzie miało po pewnym czasie żadnego znaczenia? Tego jednak przewidzieć się nie da, więc umieszczam listę taką, jaka wydaje mi się teraz najodpowiedniejsza. Tak podpowiada mi moje czytelnicze doświadczenie, moje przeżycia i przemyślenia.

UWAGA! UWAGA! Kolejność jest przypadkowa (gdybym miała te wszystkie książki uporządkować w kolejności od najlepszej do najgorszej [czy w ogóle tak się da???] chyba nie skończyłabym do Bożego Narodzenia, a i to jest dosyć wątpliwe).


1. "Mały Książę"

Tę książkę pierwszy raz przeczytałam w drugiej klasie podstawówki. Czyli zbyt wcześnie, by dostrzec w niej coś więcej poza małym chłopcem, pilotem i kapryśną Różą... Potem jednak przyszła kolej na ponowne spotkanie i... Zostałam zupełnie oczarowana. Do dzisiaj nie mogę pojąć, jak w tak małej objętościowo książeczce można zawrzeć tyle treści, tyle mądrości i złotych myśli. Każda strona niesie przecież za sobą nowe odkrycie, refleksję... "Mały Książę" pozwala nie tylko poznać świat i innych ludzi, ale także siebie. I to jest w nim chyba najpiękniejsze- to nieustanne wnikanie w nieuniknioną samotność człowieka we wszechświecie i nieukojoną potrzebę miłości i zrozumienia.
2. "Oskar i pani Róża"

To piękna i niezwykle poruszająca książka. Trudno odpowiedzieć jednoznacznie, o czym opowiada. O życiu? Miłości? Przyjaźni? Chorobie? Wierze? Bogu? Śmierci? O wszystkim po trochu. Książka ta podkreśla wartość naszego życia, jednocześnie będąc drogowskazem, jak dobrze wykorzystać ten dar. Nakazuje łapać każdą chwilę, chwytać dzień, codziennie na nowo zachwycać się otaczającym nas światem. To także piękna lekcja przebaczania i pokonywania własnych lęków. Tak jak Oskar, dzięki pani Róży, pokonał własną chorobę, tak i my możemy stawić czoło naszym słabościom. Temu, co dla nas bolesne i ciężkie. Ta historia niesie nadzieję wszystkim, którzy myślą, że ich życie już się skończyło.

3. "Folwark zwierzęcy"

Patrząc na poprzednie tytuły, wybór "Folwarku zwierzęcego" może wydawać się nieco zaskakujący. Czuję jednak, że nie może go tutaj zabraknąć. Po przeczytaniu tej książki długo nie mogłam dojść do siebie. Jestem osobą zainteresowaną historią, więc niezwłocznie rozpoczęłam poszukiwania licznych analogii. "Folwark zwierzęcy" stał się impulsem do refleksji nad naturą człowieka, który ma w sobie żywioł nie do pokonania- żądzę władzy. Gdy pragnie rządzić, panować i ciągnąć z tego korzyści, nie cofnie się przed niczym. Podnosi rękę na wszelkie świętości: prawdę, tradycję, dobroć, braterstwo. Często szukając poprawy sytuacji (jak buntujące się zwierzęta), nieoczekiwanie powraca do punktu wyjścia.
George Orwell wytłumaczył wydarzenia XX wieku, które popchnęły ludzkość ku moralnemu upadkowi, i mechanizmy nami rządzące w sposób prosty, ale za to niezwykle wymowny. Ta książka chyba (niestety!) nigdy nie przestanie być aktualna i wciąż będzie nas zmuszać do gorzkiej refleksji nad naszą naturą. Nad tym, że człowiek ma w sobie coś ze świni.

4. "Lalka"

Wiele osób zniechęcało mnie do tej pozycji. Wysłuchałam niezliczonych niezbyt pochlebnych opinii na jej temat (zapewne pochodziły one od osób, które książki tej nie przeczytały) i na koniec nie miałam już ochoty na pozytywistyczną powieść o kupcu galanteryjnym. Ale przełamałam się. I naprawdę było warto! "Lalka" wciągnęła mnie bez reszty. Dużą jej zaletą, oprócz oczywiście ciekawie zbudowanej fabuły i wykreowanych postaci, jest język. Lekki, przyjemny, łatwy do zrozumienia (a to przecież XIX wiek!). Poza tym oczywiście oczarował mnie główny bohater- S. Wokulski (takich mężczyzn już nie ma...)- człowiek wykształcony, wrażliwy, oddany, dobroduszny, pasjonata, marzyciel- ach!, który jednakże powodował u mnie silną frustrację i zniecierpliwienie, uganiając się za niejaką Izabelą Łęcką (moim zdaniem jest to najczarniejszy charakter w historii literatury! Naprawdę!). Ech, a przecież Helena Stawska była tuż obok...

5. "Mistrz i Małgorzata"

Kto nie czytał, ten trąba (że tak sparafrazuję Gombrowicza). Dla mnie "Mistrz i Małgorzata" to wielkie arcydzieło. Pozycja obowiązkowa na liście każdego szanującego się mola książkowego. Jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek przeczytałam w życiu (a trochę ich było). Tutaj możecie znaleźć recenzję tej niezwykłej, szatańsko dobrej powieści.

6. "Zbrodni i kara"

Czym byłoby to zestawienie, gdyby zabrakło w nim "Zbrodni i kary" Dostojewskiego? Dobre pytanie. Historia Raskolnikowa to niezwykła opowieść o człowieku, który czuł się uprawniony do wymierzania sprawiedliwości, wyższy od innych ludzi, wyjęty spod prawa. Niestety, pewność ta zawiodła go po popełnieniu zbrodni. Dzieło to to powieść psychologiczna, która przedstawia powolną zmianę w sposobie myślenia głównego bohatera. Pokazuje wszystkie jego moralne rozterki i niepewności, z którymi wkrótce nie potrafi już sobie poradzić. A czytelnik razem z nim...
Moim zdaniem Dostojewski to prawdziwy wizjoner, który wiele lat przed utworzeniem pojęcia "rasy panów", którym można więcej i w których rękach spoczywa los "tych niższych", przewidział, że tak może się stać. Że człowiek jest w stanie wymyślić filozofię, doktrynę, ideologię, która daje mu prawo do kierowania innymi, a nawet do pozbawiania ich życia.
Mimo wszystko powieść ta niesie nadzieję na to, że każdy błądzący ma szansę w końcu odnaleźć właściwą drogę, a z każdego upadku można się podnieść.



Bułhakow

Mistrz Bułhakow, czyli recenzja "Mistrza i Małgorzaty"

22:15

"Mistrz i Małgorzata"... Ten tytuł zna prawie każdy. Odmienia się go niemal przez wszystkie przypadki- w szkole, na ulicy, w mediach. Książka wydana po raz pierwszy pięćdziesiąt lat temu to wciąż jedna z najbardziej poczytnych powieści literatury nie tylko rosyjskiej, ale i światowej, która weszła na stałe do kanonu arcydzieł. To dzieło, które wciąż jest obecne, żyje wśród nas i zadziwia swoją aktualnością, inteligencją i wielowątkowością. Trudno zakwestionować jego geniusz i nie docenić przekazu- potęgi ukrytych w nim aluzji, myśli, wypadków... Dlatego bardzo obawiam się słowa: "recenzja". Dlaczego? Bo takich książek po prostu się nie recenzuje. One nie podlegają żadnej ocenie, nie mieszczą się w skali, są całkowicie poza zasięgiem. Każda próba zrecenzowania jest z góry skazana na klęskę. Dlatego dzisiejsza recenzja wcale recenzją nie będzie. Raczej skromnym pomnikiem na cześć szatańsko dobrej książki.

Wszystko zaczyna się pewnego razu wiosną, w porze niesłychanie upalnego zmierzchu. Do Moskwy przybywa Woland- rzekomy specjalista do spraw czarnej magii wraz ze swoją świtą, złożoną z nieco ekscentrycznych (eufemizm!) typów spod ciemnej gwiazdy i wielkiego, czarnego kota, który niejednego wprawi jeszcze w stan osłupienia. Przybycie tej zacnej persony wywróci i tak już niezbyt uporządkowane życie stolicy do góry nogami. Dyrektor "Rozmaitości" pobije rekord prędkości, w niewyjaśniony sposób przebywając drogę z Moskwy do Jałty w ciągu kilku minut, prezes spółdzielni mieszkaniowej znajdzie w przewodzie wentylacyjnym "zielone banknoty", w oddziale miejskim urzędnicy na skutek wizyty podejrzanego chórmistrza wprost nie będę mogli powstrzymać się od śpiewu, a pobliską klinikę psychiatryczną zapełni spora gromada pacjentów (zwożonych nawet ciężarówkami)... Panie paradować będą po ulicach w samej bieliźnie, taksówkarze przestaną przyjmować czerwoniaki, osławiony gmach Gribojedowa pójdzie z dymem, a niektórzy stracą nawet głowę...

Akcja powieści jest prowadzona równolegle, jednocześnie w Moskwie XX wieku i Jerozolimie za czasów Chrystusa. Obie te płaszczyzny łączy postać Mistrza- utalentowanego pisarza, którego los zaprowadził do (a jakże!) zakładu psychiatrycznego. Człowiek ten jest autorem książki o Poncjuszu Piłacie i twórcą innej, niezgodnej z Pismem Świętym, historii o męce i śmierci Chrystusa. Według niej Jezus (a raczej Jeszua Ha-Nocri) to nie Zbawiciel, ale filozof, żyjący w przekonaniu, że każdy człowiek, łącznie z okrutnym Szczurobójcą, jest dobry.

Bogactwo "Mistrza i Małgorzaty" to niewątpliwie mnogość jej wątków. Fabuła jest tak złożona i rozbudowana, że stanowi prawdziwą ucztę dla czytelnika. Liczba rozmaitych wydarzeń, faktów, postaci i okoliczności atakuje nas niemal z każdej strony. A wszystko to wymaga myślenia, intelektualnego wysiłku i interpretacji. Jest ich nieskończenie wiele, więc każdy może odnaleźć swoją własną.

Mnie osobiście niezwykle spodobał się wątek miłosny (wiem, że nie jestem oryginalna). Miłość między Mistrzem a Małgorzatą jest czymś nie do opisania. To wielkie uczucie, które potrafi przetrwać każdą niesprzyjającą okoliczność. To także oddanie: każda ze stron jest gotowa ponieść ofiarę dla drugiej osoby, poświęcić swoje osobiste szczęście, by tylko ją uszczęśliwić. I, co najważniejsze, po wielu ciężkich przejściach prowadzi do pomyślnego rozwiązania i pozwala parze kochanków trwać w spokoju przy sobie.

Wielką zaletą powieści jest także język. Dosyć prosty, a zarazem tak bardzo obrazowy pozwala na głębsze zrozumienie treści, pobudza wyobraźnię. Jest doskonałym kształtem, w który wtłoczona zostaje treść. Bułhakow okazuje się mistrzem słowa, który potrafi czytelnika zaciekawić, oczarować i "przywiązać" do siebie. A raczej swojej książki, od której nie można się oderwać, w którą wsiąka się na długie godziny i wcale, ale to wcale się tego nie żałuje.

"Mistrz i Małgorzata" zaskakuje humorem. Wiele jest w książce sytuacji budzących rozbawienie. Komizm niejednokrotnie przeobraża się w groteskę- sytuacje i postacie stają się odrealnione, przerysowane, nierzeczywiste. Moskwa jest siedliskiem paradoksów i absurdów. Radziecka rzeczywistość właśnie w nich się wyraża i choć na kartach książki budzi śmiech, to przecież życie w takich okolicznościach wcale nie jest śmieszne. Przy poczynaniach urzędników magia Szatana jest tylko niewinnymi sztuczkami, dziecięcą igraszką, wzbudzającą wesołość ludu. Przy całej moskiewskiej machinie państwowej Woland i jego współpracownicy stają się niemal bohaterami pozytywnymi.

O czym tak naprawdę jest "Mistrz i Małgorzata"? O walce dobra ze złem? O rosyjskiej rzeczywistości? Czy może nieśmiertelnej miłości? Każda odpowiedź jest prawidłowa. I właśnie to w tej powieści kocham najbardziej.

Książniczka

Zarażeni złem, czyli "Dżuma" Alberta Camus

11:17

Oran to miasto na wskroś zwyczajne. Nie ma w nim ani drzew, ani ptaków, nie odznacza się także żadną, nawet najmniejszą niezwykłością. Ludzie w nim żyjący poddani są swoim przyzwyczajeniom, ich egzystencja jest spokojna i bardziej szara niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Trwonią swoje życie na banałach. Wszystko, co robią nie jest nawet trochę interesujące, są nudni i bezmyślni, nie wstrząsają nimi żadne większe namiętności, nie myślą o sprawach wyższych, nie zajmują ich idee. Rodzą się banalnie, banalnie pracują i kochają, w końcu banalnie umierają.  
Wszystko to jednak wkrótce się kończy. Na ulice miasta wychodzą szczury, które przynoszą ze sobą epidemię straszliwej choroby, która ma wywrócić zwyczajne życie mieszkańców do góry nogami...

Dżuma zupełnie przemienia ludzi Oranu. Początkowo starają się żyć normalnie, potem, całkowicie odizolowani od świata, popadają w marazm i zniechęcenie.  Ale nawet najmniejsza wzmianka w lokalnej gazecie może na nowo podsycić ich nadzieje i choć statystyki rosną , a dżuma zbiera coraz większe żniwo, to przecież każdy fakt można zinterpretować tak, by stał się sprzyjającą wróżbą. W całej beznadziejności sytuacji starają się chwytać każdej deski ratunku. Pomocy jedni szukają w nauce, inni w religii. Nie wszyscy jednak przeżywają epidemię w ten sam sposób. Ich postawy i reakcje są skrajnie różne. Jedni, jak np. doktor Rieux, nie pozostają bezczynni, ale niosą pomoc poszkodowanym. Inni znów zamykają się w swoich domach, pogrążeni w strachu i poczuciu bezsilności. Niektórzy szukają drogi ucieczki, tęsknią za rodziną pozostawioną za bramami miasta, każda godzina rozłąki czyni ich jeszcze bardziej nieszczęśliwymi. Każda ich historia to osobista tragedia, która trwa przez długie lata. Jeszcze inni zostali osobiście doświadczeni przez dżumę, która zabrała im bliskich i znajomych, ci borykają się z samotnością, ulegają rozpaczy. Ale nie dla wszystkich choroba jest powodem do smutku. Są i tacy, których odmiana sytuacji niezwykle cieszy. Czują oni, że jest to niepowtarzalna okazja, by ugrać coś dla siebie, zacząć życie na nowo, pozbyć się obciążającej winy i oskarżeń.

Książka jest wspaniałym, złożonym profilem psychologicznym ludzkości, która w sytuacji kryzysowej przybiera różne postawy. Każdy z nas posiada inny system wartości, przeżywa trudne chwile na sposób odmienny. Nie wszyscy jesteśmy wystarczająco silni, by przetrwać, nie wszyscy odznaczamy się chartem i wolą ducha.
"Dżuma" to także źródło niezwykłych, ale też psychologicznie skomplikowanych postaci, które zachwycają czytelnika. Najważniejszą z nich jest chyba doktor Rieux, czyli człowiek posiadający głęboko zakorzenioną moralność, gotowy do poświęcenia. To miłosierny samarytanin, ceniący wyżej dobro własnej społeczności niż osobiste szczęście. Inną równie ważną postacią jest Tarrou, którego słowa i zapiski stają się dla nas źródłem cennych spostrzeżeń na temat otaczającego świata i mechanizmów kierujących ludźmi.
Słyszałem tyle rozumowań, które omal nie zawróciły mi w głowie, które zawróciły w głowach innym w wystarczającym stopniu, by zgodzili się na morderstwo.
"Dżuma" to książka, która niesie za sobą mnogość interpretacji. Może (a nawet powinna) być traktowana jako parabola. W końcu dociera do nas, że dżuma jest czymś więcej niż epidemią i musimy zmierzyć się z pytaniem: Czym jest tak naprawdę? Chorobą? Uderzającym w ludzkość kataklizmem? Wojną? Rozprzestrzeniającą się ideologią? Czy może po prostu "banalnym" złem? I do tej ostatniej wersji najpełniej chyba pasuje zawarta w książce wskazówka:
(...) każdy z nas ma w sobie dżumę, nikt bowiem, nie, nikt na świecie nie jest od niej wolny. I trzeba czuwać nad sobą nieustannie, żeby w chwili roztargnienia nie tchnąć dżumy w twarz drugiego człowieka
"Dżuma" A. Camus to arcydzieło. Książka zaskakująca na każdej stronie swoją mądrością i przenikliwością, posiadająca ukryty sens. Nadal aktualny. I co najważniejsze, dzieło to skłania do refleksji. A współczesny świat właśnie refleksji potrzebuje najbardziej.

Książniczka

Miłość artysty, czyli o "Narzeczonej Schulza"

22:21


On- ekscentryk, artysta, oryginalny twórca o niezwykle ciekawej, złożonej osobowości i wielkiej wyobraźni. Ona- z powołania nauczycielka polskiego w małym, prowincjonalnym miasteczku. Czy miłość może połączyć dwie tak skrajnie odmienne osoby, różniące się nie tylko aspiracjami, ambicjami, sytuacją życiową i sposobem odczytywania świata, ale także charakterami? A jednak... Stało się. Bruno Schulz, wybitny przedstawiciel dwudziestolecia międzywojennego, osoba, której dziełami w przyszłości miał się zachwycić cały świat, zakochał się w kobiecie, która jako jedyna była w stanie odwzajemnić jego uczucia i pokochać takim, jakim był- nieco dziwacznym, wewnętrznie rozdartym, nieśmiałym, lękliwym ze wszystkimi obsesjami i traumami... Zakochał się w swojej Junie.

Narracja wydarzeń prowadzona jest w niezwykły sposób. Z jednej strony o tym, co miało miejsce dowiadujemy się od wszechwiedzącego narratora, z drugiej- od samej Józefiny Szelińskiej. To ona opowiada nam historię swojej miłości do Brunona Schulza, która stała się nieodłączną częścią jej egzystencji. Ale w swoich "zapiskach" porusza także wiele innych, ważnych z jej perspektywy spraw. Mówi o wszystkich swoich radościach, lękach, troskach, niepokojach, nie tylko tych związanych z Schulzem, ale także z wojną, własnym pochodzeniem (była Żydówką), do którego długo nie chciała się przyznać. Przez wiele lat walczyła ze swoją tożsamością, starała się uciec, odciąć od przeszłości. W końcu musiała stawić jej czoło. Wszystko to, czego dowiadujemy się w powieści składa się na bardzo skomplikowany portret psychologiczny kobiety, która była zmuszona zmierzyć się w życiu niemal ze wszystkim, co trudne i bolesne. Śmiercią najbliższych, utratą domu, biedą, chorobą, w końcu- z nieszczęśliwą miłością, która nigdy nie przyniosła jej spełnienia, a jedynie ponure, nocne koszmary.
"Narzeczona Schulza" to jednak nie tylko portret Józefiny, ale także Bruna, zupełnie innego niż ten, którego przedstawia się w podręcznikach do języka polskiego. Wszystkie informacje o nim zdobywamy od Juny, jedynej osoby, którą nazwał swoją narzeczoną. Ona przecież znała go najlepiej. Może nawet za dobrze... Znała go z całą jego wrażliwością, wybujałą wyobraźnią, fantazją, ale i ze słabościami, lękami, koszmarami, obsesjami... Jak cały mu współczesny artystyczny światek, który zresztą wkrótce poznała, Bruno nie stronił od romansów, był stałym klientem "krainy rozpusty", a w jego życiu nie brakowało pięknych i tajemniczych kobiet. Choćby wielka Zofia Nałkowska... Co w takich chwilach czuła Juna? To, co każda zakochana do szaleństwa kobieta. Złość i zazdrość. Nie poskarżyła się jednak ani słowem. Za bardzo go kochała. 

Przez moment liczyła nawet, że Bruno w końcu się z nią ożeni. Mówił, że szuka pracy, załatwia formalności, przyjedzie do niej, do Warszawy. Kiedy zrozumiała, że nic z tego nie będzie, zerwała z nim wszelkie stosunki. Potem wybuchła wojna, ona pełna niepokoju szukała informacji na jego temat. W końcu zorganizowała mu ucieczkę z drohobyckiego getta. Niestety, nie udało się. Po wojnie dowiedziała się o jego śmierci. Długo poszukiwała mogiły. Bez skutku. Bruno jednak towarzyszył jej do końca życia, był zawsze blisko niej. Dlatego postanowiła zrobić coś dla niego, popularyzować jego twórczość, uczynić go artystą uznanym, docenianym, czyli takim, jakim nie był za życia. Obracając się wciąż w kręgu jego sztuki, nieustannie czuła jego obecność. Do końca pozostała mu wierna.

"Narzeczona Schulza" to jeden z możliwych scenariuszy relacji między Brunem a Juną. Nie zachowały się listy dwojga kochanków. Listy, które były tak Junie drogie, które przechowywała starannie przewiązane wstążeczkami, spłonęły razem z jej domem. Pani Tuszyńska w mistrzowski sposób opisuje dzieje wielkiej namiętności. Żadna ze stron nie jest w tej historii wyidealizowana- wręcz przeciwnie. Zarówno Schulz, jak i jego ukochana Juna popełniają wiele błędów, za które przyjdzie im w przyszłości zapłacić. Wszystkie one prowadzą do tragedii- ich rozłąki i odosobnienia, życia w poczuciu krzywdy oraz nieukojonego żalu. Pewne sprawy pozostają między Brunem a Józefiną niewypowiedziane i niewyjaśnione na zawsze.

Ta książka to nie tylko pozycja dla fanów "Sklepów cynamonowych", ale dla każdego, kto chce poznać niezwykłą historię miłości Brunona Schulza, geniusza, a jednocześnie człowieka straszliwie w życiu zagubionego i osamotnionego. Historię tą czyta się z zapartym tchem, nieraz gubiąc wśród kartek łzę...



Książniczka

LBA jeszcze raz!

22:41

To już kolejne LBA w moim blogowym istnieniu i pierwsze od czasu Wielkiej Reaktywacji. Tym razem zostałam nominowana przez Eileen Joy (mam nadzieję, że nie pomyliłam się w przepisywaniu nicku ;) ), której serdecznie za to dziękuję, gdyż odpowiadanie na pytania daje mi zawsze dużo radości. A już szczególnie na tak skomplikowane... ;)
Jakie jest najdziwniejsze damskie i męskie imię, z jakim spotkałaś się w książce?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musiałabym jeszcze raz przejrzeć wszystkie książki, jakie przeczytałam w życiu, co raczej nie byłoby możliwe. Jednak po stosunkowo niedawnej lekturze książki pani Musierowicz to właśnie imiona jej postaci jako pierwsze nasuwają mi się na myśl. Autorka swego czasu lubiła wymyślnie nazywać swoich bohaterów. Wolfgang, Hildegarda (zwana Żabą) Aurelia, Damazy (Kordiałek zresztą), Helmut, no i słynna na całe podwórko rodzina Kopców (ci to dopiero mieli imiona! Klękajcie narody!)... Ostatnio spotkałam się z kilkoma "dziwnymi" i "egzotycznymi" z mojego punktu widzenia imionami, a to z powodu zetknięcia z literaturą rosyjską.  Rodion, Dunia, Lizawieta (tak, tak, to "Zbrodnia i kara"), Nikanor, Alojzy, Azazello (to już takie mniej rosyjskie), Archibald (z "Mistrza i Małgorzaty")...

Częściej czytasz książki, których akcja dzieje się w Europie czy Ameryce?
Hmmm... Chyba w Europie. W Anglii, Polsce, Rosji, Niemczech... Naprawdę rzadko goszczę za oceanem, a jeśli już opuszczam Stary Kontynent to udaję się do miejsc, które po prostu nie istnieją. ;)
Czytałaś kiedykolwiek książkę, której głównym bohaterem był... Zwierzak?
Jeżeli za taką uznać "Folwark zwierzęcy". ;) Hehh, a tak na serio to były kiedyś (a raczej nadal są) takie opowiadania p. Zarębiny, które, pamiętam do dziś, czytano nam w zerówce. No i jeszcze pacholęciem będąc lałam słone łzy nad "Psem, który jeździł koleją". 

Wolisz czytać przy naturalnym, czy może sztucznym świetle?
Zdecydowanie naturalnym.

Jeśli jakaś kupiona przez Ciebie książka nie przypadła Ci do gustu, co z nią robisz? Odstawiasz na półkę czy sprzedajesz? A może oddajesz komuś?
Chyba jeszcze nigdy w życiu nie kupiłam chybionej książki (#fart). Wydaje mi się, że, jeśli chodzi o nabywanie czegokolwiek jestem po prostu bardzo ostrożna i najpierw muszę się upewnić czy naprawdę nie będę tego ruchu żałowała w przyszłości. Za to nietrafione książkowe prezenty odstawiam na półkę.

Masz podzielność uwagi? Potrafisz czytać i rozmawiać z kimś jednocześnie, lub też słuchać muzyki albo oglądać telewizję?
Nie, nie, nie! Kiedy czytam to tylko czytam. Nie słucham, nie oglądam, odlatuję. Kiedy robię coś poza tym, nie potrafię się skupić na treści książki i muszę czytać dany fragment po kilka razy, a to bardzo mnie denerwuje. Naprawdę łatwo mnie zdekoncentrować. 



Co sądzisz o tym, że aż 63% Polaków nie przeczytało w ubiegłym roku ani jednej książki?
Rodacy, wstyd! Co tu więcej mówić!? ;)

Jeśli chodzi o muzykę, bliżej Ci do Justina Biebera czy Nirvany?
Zdecydowanie do Nirvany! Nie znoszę tego pana, którego imię i nazwisko zostało wspomniane w pytaniu. Brrrr...

Czytałaś kiedykolwiek taką książkę, która wręcz odpychała swoim wyglądem i była stara oraz prawie nieznana (z własnej woli)?
Wydaje mi się, że tak. Jeżeli chodzi o mnie to uwielbiam zakurzone, pożółkłe, opasłe tomiska. Nic nie jest w stanie mnie zniechęcić! Jakkolwiek by książka nie wyglądała, nie osądzam jej po okładce. Wręcz odwrotnie. Im bardziej zniszczona i "zmaltretowana", tym lepiej (przynajmniej mogę być pewna, że ktoś ją przede mną czytał). 
Masz konto jedynie na Lubimy Czytać, czy także na innych tego typu portalach?
Mam konto na Lubimy Czytać i Biblionetce, ale na obydwu portalach moja aktywność ogranicza się do minimum, a w ostatnim czasie dosłownie zamarła. 

Facebook czy Twitter?
Facebook. Szczerze mówiąc, póki co nawet nie mam konta na Twitterze.

Teraz pora na moje pytanka:

1. Jakich bohaterów nie znosisz w książkach?
2. Kiedy przeczytałaś swoją pierwszą w życiu książkę?
3. Czy masz jakąś postać książkową, z którą się utożsamiasz?
4. Co byś zrobiła, gdyby ludziom nagle zabrakło pomysłu na nowe książki?
5. Księgarnia czy antykwariat?
6. Czy zdarza Ci się oceniać książkę po okładce?
7. Na jaką książkę masz aktualnie największą ochotę?
8. Książki... Mieć czy wypożyczać? Oto jest pytanie.
9. Jaka jest Twoja wymarzona książkowa podróż?
10. Czy któraś z przeczytanych książek stała się dla Ciebie inspiracją?
11. Czy chciałabyś napisać książkę? Jeśli tak, to o czym by ona opowiadała?

Do odpowiedzi nominuję dziewczyny z blogów:
http://zakurzone-zapiski.blogspot.com/
http://books-world-come-in.blogspot.com/
http://www.majuskula.blogspot.com/


Tymczasem żegnam Was (choć nie na długo).  Do zobaczenia już wkrótce! ;)

Kania Frania



Jeżycjada

"Feblik", czyli Jeżycjady ciąg dalszy...

13:52

Naprawdę trudno w to uwierzyć, ale "Feblik" jest już dwudziestą pierwszą częścią kultowej Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz!  Dla mnie osobiście każda kolejna powieść autorki to powrót do dzieciństwa, wizyta u starych, dobrych znajomych, okazja do jeszcze jednego spotkania przy dużym, kuchennym stole w kuchni przy Roosevelta 5. Nic dziwnego zatem, że mniej więcej coroczne czytanie kolejnej części serii stało się już moim czytelniczym rytuałem, który pozwala odprężyć się, zapomnieć o zmartwieniach i poczuć to, co w książkach pani Musierowicz zawsze mnie uderzało... Ogromną dawkę ciepła i miłości...

Tym razem co prawda borejkowskiej kuchni brak, ale za to odrobinę cienia w upalne lato roku 2013 możemy odnaleźć na równie przyjemnej werandzie Florków. Widzimy także rodzinę w całej okazałości. Jest protoplasta rodu, Ignacy, jest jego żona, wszystkie cztery córki i spora gromadka wnucząt (z wyjątkiem tych, które wyruszyły w wakacyjną wyprawę do dalekich krajów). Nie brakuje poważnych i mniej poważnych, rodzinnych rozmów przy stole, zwariowanych przygód, przypadków i zbiegów okoliczności. Czyli tego wszystkiego, do czego Małgorzata Musierowicz przez te wszystkie lata nas przyzwyczaiła. Możemy więc znaleźć spokój w pięknych okolicach Kostrzyna i leżąc na trawie obserwować niebo spadających gwiazd, możemy także podsłuchiwać, zaglądać przez dziurkę od klucza i do radosnej korespondencji. Z drugiej strony w powieści przebrzmiewają od czasu do czasu echa niesformułowanych wprost, lecz doskonale wyczuwalnych uwag na temat śmierci i przemijania.

Akcja "Feblika" dzieje się w te same wakacje, co akcja "Wnuczki do orzechów" Obie powieści czasowo częściowo się pokrywają, pokazują jednak wydarzenia z zupełnie różnych perspektyw. Czyja perspektywa jest w "Febliku" najbardziej wyeksponowana? Ignacego Grzegorza Stryby- studenta, poety, wrażliwca, introwertyka, intelektualisty, erudyty... Słowem osoby, na którą od zawsze miałam alergię. Ignacy był dla mnie postacią nie do przełknięcia. Taki delikatny, bojaźliwy, zupełnie niemęski, a zarazem zarozumiały i patrzący na innych z góry. Kiedy tylko dowiedziałam się, że ta książka opowiadać będzie o jego losach, od razu straciłam ochotę na jej przeczytanie. Przełamałam się jednak i... nie mogłam wyjść ze zdziwienia. Bo czy ten dorosły Ignacy z "Feblika" w czymkolwiek przypomina Ignasia sprzed lat z wyjątkiem skłonności do egzaltacji, umiłowania sztuki i poezji oraz posiadania rozległej wiedzy? Moim oczom ukazał się obraz dojrzałego, odpowiedzialnego mężczyzny, który, owszem, jest wrażliwy, ale potrafi stawić czoło rzeczywistości. 

Właśnie takiego Ignacego spotkała "dziewczyna z okładki"- Agnieszka, studentka ASP, artystka, borykająca się z problemami rodzinnymi, samotna, nieufna wobec świata i ludzi, a zwłaszcza męskiej części populacji. Dziewczyna poznaje go w zatłoczonym autobusie, a pretekstem do rozwinięcia znajomości staje się pewien kłopotliwy wazon i sztaluga w rękach nieobliczalnej Gorgony. Wydaje się, że Musierowicz w poczuciu sprawiedliwości po obdarowaniu Józinka (teraz Józefa) miłością w postaci spadającej z orzecha Doroty we "Wnuczce do orzechów", postanowiła tak samo postąpić wobec Ignacego, który po ostatnich przykrych przeżyciach związanych z osobą McDonaldusi, jak to mawiała Ida, nie mógł złapać emocjonalnej równowagi. Agnieszka zatem od pierwszych kart powieści wydaje się być wręcz dla niego stworzona i dostrzegają to wszyscy z wyjątkiem samych zainteresowanych, którzy naiwnie wypierają się wszystkiego, co mogłoby ich połączyć. Można powiedzieć, że Aga i Ignaś uciekają golfem przed przeznaczeniem, które i tak w końcu musi zatryumfować. 

Wiele osób oskarża Małgorzatę Musierowicz o słodką naiwność, która zdaje się promieniować z jej książek i anachronizm opisywanych postaci. Borejkowie właściwie się nie zmieniają z biegiem upływających lat. Są tak samo dobrzy, życzliwi, serdeczni i gościnni, że tworzy to dziwny dysonans z tym, co obserwujemy wokół siebie. Niektórych "niezmienni" i "nienowocześni" Borejkowie denerwują. Przecież nikt tak teraz nie mówi, nikt nie rozmawia o miłości, szczęściu, sztuce, społeczeństwie... To prawda, że "Feblik" to powieść bardzo przewidywalna, niemal nierzeczywista, a wykreowany świat i postacie sprawiają wrażenie bajkowych. Ale przecież w książkach o to chodzi, by oderwać się od szarej rzeczywistości, znaleźć otuchę... Książki są po to, by nas pokrzepić, dodać sił, obdarzyć jakimś pięknym uczuciem.Tego okrutnego, brutalnego świata wojen, braku ludzkiej życzliwości i egoizmu mamy przecież nadto. A tak, jak w "Febliku" mogłoby być. Przecież tacy ludzie, jak Borejkowie istnieją... Muszą istnieć...

Nie należy ukrywać, że "Feblikowi" daleko do literackiego arcydzieła. Pod żadnym względem nie jest on idealny, jego akcja nosi ślady ułomności (przewidywalność, przewidywalność i jeszcze raz przewidywalność), to samo można powiedzieć o niektórych bohaterach. "Feblika" zdecydowanie nie można nazwać najlepszą częścią Jeżycjady. Trudno by było zakwalifikować go nawet do pierwszej dziesiątki. Jest za to zdecydowanie lepszy od felernej "McDusi" (nadal utrzymuję, że tamta książka musiała być owocem jakiegoś nieporozumienia), a to już naprawdę duży plus. W sumie zarówno tę, jak i poprzednią powieść pani Musierowicz można skwitować jednym jedynym słowem: przyjemna.


Nie zważając na opinie krytyków, czekam na następną część Jeżycjady. Kim będzie tytułowa "Ciotka zgryzotka"? Tego dowiemy się już niebawem.

Książniczka

Wielki powrót Świata Kani Frani!

16:13

Muszę szczerze przyznać, że czekałam na tę chwilę przez wiele (zdecydowanie zbyt wiele) miesięcy. 

No więc UWAGA, UWAGA: Świat Kani Frani na nowo otwiera swoje podwoje, wyłaniając się tym samym z bardzo przykrego, internetowego niebytu. A może raczej nie on sam (nic przecież w ,,Internetach" nie ginie: strona jak była, tak jest i najpewniej będzie), lecz jego autorka-kreatorka, która zaniedbała swojego bloga do niemożliwości i czuje teraz z tego powodu kłujące wyrzuty sumienia. A co najgorsze, zupełnie wyszła z wprawy i zapomniała już, jak się pisze wpisy. Pragnę zatem z góry przeprosić za to, co będzie wychodziło spod jej klawiatury w najbliższym czasie oraz prosić o cierpliwość, która swoją drogą na ogół nie jest obca molom książkowym. 


Co było powodem nieoczekiwanego rozstania? Odpowiedź na to pytanie nie będzie z pewnością ani oryginalna, ani specjalnie usprawiedliwiająca, ale za to prawdziwa. Do ,,zawieszenia działalności" przyczyniło się wiele spraw może nie ,,ważniejszych", ale koniecznych, z którymi trzeba było się jak najszybciej rozprawić. Niestety okazały się pochłaniaczami czasu i nie zostawiły miejsca na czynności o wiele bardziej inspirujące. Nawet takie, jak czytanie książek, które rzeczywiście CHCE się przeczytać, a nie MUSI. Jednym słowem: wygrały.

Ale teraz, gdy choroba zwana chronicznym brakiem czasu nareszcie mnie opuściła, postanowiłam wziąć się na nowo do dzieła. Odkurzyłam klawiaturę, sporządziłam listę planowanych recenzji i drugą- must read. A co najważniejsze wyznaczyłam sobie kilka nowych, blogowych celów i postanowień. 

Po pierwsze: będę pisała regularnie, czyli nie co pięć miesięcy ;), ale raz w tygodniu.

Po drugie: przeczytam całe mnóstwo cudownych książek, na które miałam ochotę w czasie książkowej wegetacji i przed nią.

Po trzecie: na blogu pojawi się cykl wpisów związanych z tematyką książek, choć jeszcze nie wiem, czego konkretnie będzie dotyczył.

Mam nadzieję, że uda mi się to wszystko zrealizować, choć wiadomo, jak to jest z postanowieniami... Nowy początek niesie jednak ze sobą optymizm i energię. Czytać, pisać, działać... Czy to nie wspaniałe?

Na starcie rewolucji brak. W Świecie nadal będzie można znaleźć recenzje książek. Możliwe, że od czasu do czasu pojawią się tu także opinie na temat wyjątkowych filmów. Czyli po staremu. 


Martwią mnie tylko moje umiejętności po tak długiej przerwie. Czy będę potrafiła napisać coś interesującego? I czy komuś się to spodoba? Bloger przecież pisze przede wszystkim dla ludzi i chce być z nimi w kontakcie, znać ich spostrzeżenia, odczucia, reakcje. 

Ale co tam... Jeszcze jeden początek, jeszcze jedna przygoda... Warto zaryzykować.